pourlopowo

Nadal zdjęcia porządkuję. Myślałam, że dużo nie robiłam, bo starałam się nie trzaskać każdej napotkanej świątyni i nie robić zdjęć szóstego odwiedzanego ogrodu. A jednak wyszło 1100. Samego jedzenia mam ponad 50 zdjęć ;) No i przebieram, kasuję, porównuję, żeby zostawić tylko te “naj”. Od tygodnia odpowiadam na te same pytania, jak było, czy mnie tajfun nie zdmuchnął i czy przywiozłam ze sobą jakiegoś Japończyka. No ale z tym Japończykiem, to sama jestem sobie winna, bo przed wyjazdem na pytanie “po co tam trzeci raz jedziesz?” odpowiadałam, że po materiał genetyczny. To teraz się pytają czy udało się zaciążyć :)

Nadal mam dobry pourlopowy humor i dobre nastawienie do ludzi. Nikomu nie udało się wyprowadzić mnie z równowagi, a to już czwartek. To dlatego, że przez 3 tygodnie nie rozmawiałam z nikim znajomym, a z obcymi tylko czasami. Właśnie tego potrzebowałam, żeby znowu zacząć lubić ludzi, bo już mnie wkurzali. Nawet nie przeszkadza mi fakt, że w robocie nie miałam czasu na rozruch, tylko od pierwszego dnia zaczął się zapierdziel. Taki rozsądny zapierdziel, mam czas zjeść obiad i pójść sobie kawę zrobić i wychodzę po 8 godzinach.

A te ósemki, co je przed urlopem odkryłam, jednak mam do usunięcia. Znaczy, nie wszystkie koniecznie na już, ale jedną warto, bo mi przednie zęby wykrzywia, bo się na nie pcha. Szkoda, że to akurat ta, która możliwe, że jest wepchnięta w kanał nerwowy. Zdjęcie 3D ma pokazać czy się jakoś krzyżują i jak się do niej dobrać.

Wracam do usuwania zdjęć, jestem już w połowie.

Advertisements

wróciłam

Cała, zdrowa i szczęśliwa. Byłam w miejscach nowych i takich, które już wcześniej odwiedziłam. Sortuję zdjęcia, których wcale nie mam tak dużo, jak można by się spodziewać na 18 dni urlopu i cały czas w drodze. Przejechałam pociągami prawie 3000 km i 70 km rowerem. Wlazłam na Fuji. Tajfun mnie nie zdmuchnął, a byłam na jego drodze, bo akurat siedziałam w Kyoto jak uderzył w Japonię.
Ponad to wszystko, doświadczyłam całej masy sympatii i życzliwości od przypadkowo poznanych i zupełnie obcych Japończyków, którzy czasami sami oferowali pomoc, nawet jak nie prosiłam. Po tajfunie było ku temu kilka okazji, bo pociągi albo w ogóle nie jechały, albo miały opóźnienia, albo były podstawiane takie, których nie było w rozkładzie. Współlokatorki w hostelach pierwsze do mnie zagadywały. No i jeszcze ta starsza pani, która w tramwaju w Hiroshimie dała mi cukierka. Na każdej szerokości geograficznej występują starsze panie, które w torbie mają cukierki i zawsze gotowe są ofiarować je jakiemuś przypadkowemu obcokrajowcowi ;)

Jako zapowiedź zdjęć, które oczywiście się pojawią, widok który wyjątkowo podczas tej podróży mnie zachwycił. Wschód słońca w Imabari (Shikoku). Po lewej most Kurushima-kaikyo, początek mojej trasy przez Shimanami Kaidō.

Imabari

ten moment

Jeszcze 2 dni i zaczynam długo wyczekiwany urlop. Naprawdę długo wyczekiwany, bo bilety kupiłam w styczniu.
Właśnie nastał ten moment, kiedy na poważnie powinnam zrobić wyjazdową checklistę. I nie mówię tu o ciuchach i innych pierdołach. Bardziej o tym, żeby nie zapomnieć na lotnisko paszportu, biletów, kasy i żeby sprawdzić czy nie popieprzyło mi się nic z rezerwacjami i mam gdzie spać.

Szczęśliwość: 10
Agresja: 1
Widzimy się za 3 tygodnie :)

gumki

Na ciul mi tyle gumek do włosów. Przez pół życia miałam krótkie włosy, a mam worek gumek. Wszystko dlatego, że jak akurat potrzebuję, to nie mam pod ręką i muszę kupić. Tylko że gumek do włosów nie sprzedaje się na sztuki, tylko w całych pakietach, po 8, po 12 albo od razu po 30. Dlatego teraz mam worek gumek. Aktualnie mam taką długość włosów, że mogę związać kikutka na czubku głowy, więc się chociaż przydają.

A tak swoją drogą, to fascynujący jest proces gubienia tych gumek. Nie mam pojęcia co się z nimi dzieje, ale znikają w sporych ilościach w niewyjaśnionych okolicznościach.

biedry

Chyba mi się gdzieś biedronki w mieszkaniu rozmnożyły, bo od wczoraj 6 sztuk przetransportowałam z pokoju na balkon. Na szczęście to taki raczej otępiały typ owada i bez problemu można je zagonić na jakiś kawałek papieru lub do kubeczka. Pytanie tylko skąd się biorą w takiej ilości w moim pokoju, bo w oknach, które są otwarte, mam moskitiery i robale raczej nie wlatują mi do mieszkania.
W sumie i tak nie mam co narzekać, bo biedronki to akurat najmniej obrzydliwy typ owada, a owady ogólnie rzecz biorąc są obrzydliwe.

rower

Na urlopie jednego dnia planuję przejechać 70 km rowerem. Nie powinnam mieć problemu z tym dystansem, ale jako że nigdy wcześniej nie jechałam więcej niż 35 km, dzisiaj z okazji wolnego dnia przetestowałam trasę 50 km. Nadal uważam, że nie powinnam mieć problemu z 70 km. Tylko dupa będzie boleć…

pączki

Przeczytałam dzisiaj, że Dunkin’ Donuts znikają z Polski. Na fb napisali: “Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i, niestety, lokale Dunkin’ Donuts po 3 latach znikają z mapy Polski. Ta smutna decyzja nie była łatwa, ale w zaistniałych okolicznościach okazała się konieczna.”. Nawet wiem jakie to okoliczności. Głównie takie, że sprzedawali sztuczne pączki po 5 zeta za sztukę. Nie to, że mam coś do sztucznych pączków, nie przeszkadza mi śmieciowe jedzenie, a sztuczny smak mi nawet podchodzi, ale nie za taką cenę.
Kawę mieli chyba w podobnych cenach jak reszta sieciówek, czyli też w beznadziejnie zawyżonych.

To było drugie podejście DD do polskiego rynku, trzeciego już pewnie nie zrobią. Model biznesowy oparty na fancy pączkach się chyba nie sprawdza ;)

szare komórki

Już jakiś czas temu na własnej skórze doświadczyłam smutnego faktu, że z wiekiem zmniejszają się możliwości przyswajania wiedzy. W dodatku za każdym razem jak siadam do nauki, to po 20 minutach robię się śpiąca. Dzisiaj na przykład stwierdziłam, że 2 tygodnie przed wyjazdem, to idealny moment, żeby sobie przypomnieć jakieś japońskie czasowniki i podstawowe konstrukcje gramatyczne. Jak ja się strasznie śpiąca zrobiłam!

Z drugiej strony, jak się mózgowi nie dostarcza bodźców, to umierają szare komórki. Mam wrażenie, że moje ostatnio umierają masowo. Logika podpowiadałaby, że może w takim razie warto wrócić do nauki japońskiego, albo jeszcze lepiej angielskiego.
Logika swoje, a ja swoje, więc chyba zapiszę się od września na koreański :D

fitness

Jestem na etapie testowania różnych form fitnessowych, które mają w ofercie dwa pobliskie kluby. W ten sposób trafiłam dziś na ABT (dla niewtajemniczonych: zajęcia na brzuch, poślady i uda). Niestety trafiłam na zastępstwo i to do gościa u którego już byłam na tabacie (też był na zastępstwie) i skakałam wtedy jak pojebana przez 55 minut w jakimś układzie choreograficznym. Nie na tym polega tabata.
Gościu ewidentnie minął się z powołaniem, bo chyba chciał być choreografem, ale mu się życie inaczej potoczyło. Zajęcia z ABT też zaczął rozgrzewką w formie układu choreograficznego. Jakieś szase-srase, mambo-srambo, ja pierdolę, czy ja na tańce przyszłam? Ja tu poślady przyszłam spinać, a nie piruety kręcić. Właśnie z tego samego powodu nie chodzę na step, którego szczerze od lat nienawidzę. Lubię tańczyć i nawet trochę lubię ćwiczyć, ale nie jednocześnie.
Ciśnienie mi się podniosło, już nie potrzebowałam rozgrzewki. Jakoś przetrwałam te 15 minut. Zostałam potem jeszcze u niego na stretchingu (bardzo lubię), ale byłam już chyba do gościa zrażona i średnio mi się podobało. Jeszcze muzę rozkręcił tak, że w uszach dudniło, a jego ledwo było słychać. Bo przecież głośny beat tak bardzo jest potrzebny do rozciągania.

Każdy instruktor inaczej prowadzi zajęcia i trzeba szukać tak długo, aż się znajdzie kogoś kto podpasuje. Niestety będę musiała jeszcze raz iść przetestować ABT, tylko do kogoś innego.