znowu

Marzy mi się przeżyć pół roku i się nie wyjebać.

Z jednej strony miło, że sobie ryja nie rozbiłam, ale niestety znowu przywaliłam uszkodzonym kolanem. Uszkodzonym i stłuczonym wielokrotnie, bo w tym roku zaliczyłam już 2 upadki i za każdym razem cierpiało to samo kolano. Siedzę więc z okładem (okład żelowy mam na stałe zainstalowany w zamrażalniku) i zastanawiam się czy to miękkie co się rusza w kolanie to po prostu rosnący obrzęk, czy coś mi się w końcu urwało. Wstępne testy na ruchomość wskazują, że to nic takiego. Będzie kolejny siniak i niewielkie obtarcia.
Oczywiście znowu miałam świadka mojego upadku. To było takie klasyczne jebnięcie, jak przydepniesz sobie sznurówkę i nie mogąc postawić nogi przed siebie lecisz jak kłoda. Z tym wyjątkiem, że moje sznurówki były zawiązane, więc nie wiem o co zahaczyłam.

Reklamy

blok

Jakoś nie idzie mi dieta ostatnio ;)

Blok czekoladowy „milion kalorii” to jedyny mój twór, przy którym znajomi się nie wahają zanim po niego sięgną. Zawsze wychodzi. Tak dokładniej, to zawsze wychodzi trochę inny, bo zawsze sypnie mi się inna ilość kakao.

Sprawdzony przepis. Sekret dobrej niegrudowatej konsystencji tkwi w dodaniu margaryny roślinnej ze słonecznikiem, a nie masła.

20171210_123426

plan

Od tego siedzenia w domu pomieszały mi się dni i myślałam, że dzisiaj niedziela. A tu taka miła niespodzianka, do roboty dopiero pojutrze.
Z jednej strony przez tydzień się obijałam, ale z drugiej, pozałatwiałam różne sprawy, na które ostatnio nie miałam czasu.

Kilka dni temu koleżanka mi napisała, że w poniedziałek mamy departamentową „Wigilię”. Kombinuję czy się z tego nie wymigać jakoś. Nie lubię takich grupowych spędów, zwłaszcza że w tym departamencie wylądowałam niedawno. Co prawda większość ludzi znam już od kilku lat, ale nigdy jakoś nie czułam się z nimi związana. Aktualnie z nikim nie czuję się związana w tej firmie. Ewentualnie mogę pójść na godzinkę i się zmyć. Przy takiej ilości ludzi nikt nie zauważy. Tak, to całkiem dobry plan jest.

przyszło nowe

Kurier jednak dotarł. Co prawda miał być w godzinach 9-13, a 14.30 nie bardzo mieści się w tym zakresie, ale skłamałabym jakbym powiedziała, że jestem zaskoczona.

Razem z aneksem (tu jeszcze muszę zweryfikować czy to co mi uruchomią, to dokładnie to samo na co się umawiałam) dotarł do mnie nowy telefon. Wielki. Znaczy wielki w porównaniu z moimi dotychczasowymi niezbyt dużymi. Nie mam pojęcia gdzie go będę trzymać. Pierwsze co zrobię, to kupię jakiegoś kondoma, żeby był bezpiecznym telefonem. Szanuję przedmioty użytku codziennego i nie mam zwyczaju nimi rzucać, ale czasami mi spadają. Tak przypadkiem. Najczęściej na coś twardego.

Udało mi się skutecznie sprzęt odpalić i przenieść kontakty. Małe sukcesy mnie cieszą. Teraz od godziny kombinuję jak zrobić żeby a) różne aplikacje nie działały mi bez sensu w tle i nie żarły limitu na internet oraz b) dowiedzieć się które z tych aplikacji mogę wywalić bez uszczerbku dla funkcjonowania telefonu.

Rozkminiam również c) czy mam odpalać ikonkę „internet” czy chrome, d) jak dodać kontakty do ulubionych (chyba muszą być w telefonie a nie na sim), e) czy aktualizacja oprogramowania telefonu jest konieczna, f) co to jest OneDrive oraz g) czy google musi ciągle aktualizować usługi, bo mnie to denerwuje, tak jak całe szpiegowskie google.

Przy okazji udało mi się odpalić instagrama ;) Jeszcze go nie ogarniam.

aktualizacja:
po tym jak ściągnęła mi cała poczta z gmaila, punkt g stał się priorytetem ;)

kurier

Przedłużyłam telefonicznie umowę na abonament komórkowy. Załatwiałam to we wtorek i teraz mam czekać na aneks, który dostarczy mi kurier. Normanie pewnie wskazałabym adres do roboty, ale spytałam gościa kiedy ten aneks przyślą, bo do końca tygodnia w robocie mnie nie będzie. Trzy razy mnie zapewniał, że spoko przyjdzie do końca tygodnia. No ciekawe czy przyjdzie. Kurier to jedno, ale większe znaczenie ma to, w jakim czasie oni wysyłają te aneksy. Bo jak nie przyjdzie, to znowu będę się musiała boksować z firmą kurierską. Oczywiście rozumiem, że zmiana adresu dostawy to problem, ale bez przesady, powinni mieć procedury na takie przypadki i pewnie mają, ale łatwiej powiedzieć „nie da się”. Z drugiej strony znam też przypadki, kiedy kurier odhaczył sobie dostarczenie przesyłki, której nie dostarczył.
No nic, czekam. Dwa razy przy poprzednich aneksach się udawało, to może i teraz się uda.

coraz bliżej święta

W galeriach chyba zaczyna się już ta paskudna świąteczna gorączka. Mam wolne, więc miałam okazję zajrzeć do jednej z galerii, a tam kupa ludzi. Ja nie wiem, nie pracują? Jutro pójdę kupić ostatni prezent i moja noga już tam nie postanie. Może w tym roku więcej osób wpadło na to, żeby zakupy świąteczne zrobić na początku grudnia i stąd tyle ludzi.

W ogóle święta to dla mnie ciężki temat. Od kilku lat próbuję namówić rodzinę, żebyśmy zrezygnowali z kupowania sobie prezentów. Nieskutecznie. Udało się tylko z moim pokoleniem. Reszta jest uparta. I nie przemawia do nich argument, że dzieci już w rodzinie nie ma. Albo że dla wszystkich to tylko problem. No bo trochę jest, tylko nikt nie chce tego nazwać po imieniu. I nie chodzi mi tu o kwestie finansowe. Generalnie nikt z mojej rodziny nie jest tym typem, który ma zawsze super pomysły na prezenty. Tacy ludzie istnieją, ale nie w tej rodzinie. Już od dawna kupowanie prezentów sprowadza się do telefonu z pytaniem „co byś chciała/chciał dostać?”. Prezent dla siebie kupiłam sobie sama. Nie lubię być zaskakiwana, a to co dostawałam z zaskoczenia często nie trafiało w mój gust. Prezenty dla rodziny załatwiam za swoich braci ja. Oni tylko pytają ile wyszła składka. Taka magia świąt ;)

coraz bliżej święta

grzane wino

Popełniłam jeden z największych błędów w tym roku. Pojechałam do Krakowa Polskim Busem zamiast pociągiem. W piątek. Nigdy więcej. Na starcie mieliśmy opóźnienie, potem korki, a potem jeszcze był jakiś wypadek po drodze. 7 godzin w autobusie. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że w Krk przesiadałam się do następnego nocnego autokaru do Wiednia.

Tak oto zaczęłam urlop od wycieczki do Wiednia na jarmarki bożonarodzeniowe. Łącznie spędziłam jakieś 30 godzin w autobusie, żeby napić się grzanego wina. Jak pić, to z rozmachem ;)

Wycieczka była zorganizowana, więc załapałam się też na zwiedzanie Wiednia. Ładny jest, trzeba przyznać. Myślę, że dobrą porą na zwiedzanie byłaby wiosna. Przy okazji nasłuchałam się o Habsburgach, którzy wyrżnęli się genetycznie. No ale tak to jest, jak twój mąż jest jednocześnie twoim wujem i kuzynem.
Na jarmarki mieliśmy jeden wieczór, więc zaliczyłam trzy. Tak jak z jarmarków z Berlina, przywiozłam sobie jeden kufelek :)

Zanim dojechaliśmy do Wiednia, zajechaliśmy do Seegrotte – dawnej kopalni gipsu, zalanej w wyniku wypadku.

A tu już Wiedeń. Większość ważnych budynków widziałam z autokaru, więc nie mam zdjęć. W ogóle to było zimno, więc czasami nie chciało mi się aparatu wyciągać.

W drodze powrotnej zatrzymałam się za nocleg i pół dnia w Krakowie, gdzie poszłam oczywiście na jarmark bożonarodzeniowy napić się grzanego wina :) Przy okazji zeżarłam obwarzanka, bo wizyta w Krakowie bez obwarzanka się nie liczy.

uff

Jutro zaczynam tygodniowy urlop. Co prawa idę na pół dnia do roboty, ale o 12 się zmywam. I nie biorę na jutro urlopu. Szef dziś życzył mi udanego odpoczynku (jutro się nie widzimy) i żebym się robotą na urlopie nie przejmowała. W sumie miło z jego strony. Pracujemy razem bardzo krótko i na dodatek w czasie kiedy chodzę na ciągłym wkurwie i tłukę nadgodziny jak szalona. W międzyczasie dostałam już jasny przekaz, że nie jest on zwolennikiem siedzenia w robocie dłużej niż 8 godzin, jeśli sytuacja do tego nie zmusza. Taki pozytywny przekaz, że nie wymaga od swoich ludzi bezsensownego siedzenia dla zasady, a nie że sugeruje, że sobie roboty nie potrafię zorganizować ;) To się akurat dobrze składa, bo ja jestem zwolenniczką wychodzenia do domu o 16. Oboje jednak wiemy, że chwilowo sytuacja mnie zmusza, ale jak najszybciej postaram się wrócić do mojej 8-godzinnej normy. Myślę, że ten tydzień przerwy pozwoli wbić się w stary rytm i trochę wyluzować.

konflikt

Dziś byłam świadkiem jak jeden cham wypowiedział swoją niezbyt pochlebną opinię o innej osobie (która była obok), ale rzucił komentarz zupełnie bezosobowo i bez kontekstu, jak wróciliśmy ze spotkania. Z tym że osoba krytykowana znała kontekst (bo wiedziała o czym na spotkaniu będziemy rozmawiać) i mocno ją to zabolało. Bardzo mocno. Na początku się nie zorientowałam, ale godzinę później laska siedziała ze łzami w oczach, bo on uważa ją za idiotkę. Na pocieszenie mogłam powiedzieć tylko tyle, że mnie już od dawna traktuje jak idiotkę, tylko że ja mam na to wyjebane, bo dokładnie tak samo traktuję jego. Cham chama pozna. Jakiś czas temu przestałam się z nim patyczkować. Po prostu w pewnym momencie przegiął pałę w traktowaniu mnie jak debila i w nieudolnych próbach wciskania mi różnej maści kitu. W robocie staram się być opanowana, mimo dość porywczego charakteru. No ale moja cierpliwość i opanowanie mają swoje granice. Zaczęłam wyłapywać błędy w jego pracy, którą zrzucał na mnie. Wprost mówiłam, że czegoś nie zrobię bo tu, tu i tu jest błąd i to jest marnowanie mojego czasu, jeśli mam pracować na takim ułomnym narzędziu, bo nie mam zamiaru tego 3 razy poprawiać.

Na koniec dnia zadzwoniłam do dziada i poprosiłam, żeby był tak miły i powstrzymał się od publicznego wyrażania opinii na temat członków zespołu. Oczywiście udawał zaskoczonego i że nie wie o co chodzi. To mu powiedziałam o co chodzi. Bronił się, że przecież powiedział to tak, że mogło chodzić o coś zupełnie innego. Ale tak się akurat złożyło, że dziewczyna dokładnie wiedziała o co chodziło. A ja nie zamierzałam kłamać, że miał na myśli coś innego. Wystarczy, że on zawsze próbuje odwrócić kota ogonem. Tę krótką i średnio przyjemną rozmowę zakończyłam apelem, żeby przestał traktować ludzi jak debili, bo ludzie, wbrew temu co mu się wydaje, doskonale orientują się co się dzieje i są domyślni.

Chyba dolałam oliwy do ognia w naszych i tak już dość napiętych relacjach.

Przy okazji dało mi to do myślenia, bo ja też czasami kłapię dziobem bez zastanowienia. Niektóre swoje opinie powinniśmy zachować dla siebie, bo spokojnie można nie otwierać ryja, jak się nie ma nic mądrego do powiedzenia.

znowu burak, tylko inny

Kierowca autobusu potrafi zepsuć człowiekowi poranek. W momencie kiedy dobiegłam do drzwi, te właśnie się zamknęły. No i co szkodziło temu dziadowi otworzyć je na chwilę? 10 sekund nie zrobiłoby różnicy. Niektórzy nie mają z tym problemu. A ten miał, więc sobie pojechał. Bo on siedział w ogrzewanej kabinie, a ja musiałam stać na zimnie i czekać na następny autobus 10 minut. Burak*.

 

* Tak naprawdę, to dużo brzydziej sobie pomyślałam.