tu brzoza, tu brzoza

Wiosna się jakoś popsuła i chyba pylenie roślin się opóźnia. Od początku kwietnia byłam przygotowana, że przez cały miesiąc będę zasmarkana, a tu nic. Nawet sprawdziłam w kalendarzu pylenia zielska i tam wyraźnie jest napisane, że brzoza pyli mocno cały kwiecień i słabnie w maju.

Dzisiaj niespodziewanie mózg zaczął mi wypływać przez nos i zaczęłam prychać. Opcje są dwie, albo brzoza wreszcie się aktywowała, albo się przeziębiłam na tych spacerach co to je ostatnio uskuteczniam.

Na rower znowu trochę dla mnie za zimno, to chociaż łażę w ramach ruchu. Wczoraj na przykład poszłam po pączki. Ale nie, że do sklepu na osiedlu, tylko do cukierni co jest daleko i zrobiłam tak ok. 11 km, czyli w sumie jeden z tych pączków spaliłam, zanim go zjadłam. To byłby plan idealny, gdybym nie kupiła dwóch ;)

jak burza

W zeszłym roku z jakiegoś powodu postanowiłam sobie stworzyć profil zaufany. Nie był mi wtedy absolutnie do niczego potrzebny. Teraz idę z moim profilem zaufanym jak burza przez wszystkie formalności. Rozliczyłam podatek. Dokonałam samospisu. Z rozpędu nawet podejrzałam moje konto pacjenta, z którego jasno wynika, że leczę się prywatnie. Jeszcze tylko rejestracja na szczepienie, ale to jeszcze muszę chwilę poczekać. Za młoda jestem ;)

Z aktualności covidowych: padre już zdrowy, mamma chora. Zgodnie z przewidywaniami mamma przechodzi dużo gorzej, ale chyba najgorsze już za nią. Przynajmniej taką mam nadzieję. Leżała bez mocy, a teraz może już chociaż usiąść. Dla porównania padre miał tylko stan podgorączkowy przez 2 dni. Mam wrażenie, że rodzina ze strony padre jest jakaś taka nie do zajebania. Czuję, że mam te geny. Dziadek pomykał samodzielnie aż do śmierci w wieku 97 lat. Trochę zwolnił po 94. urodzinach, ale do końca był samodzielny. Jeszcze pielęgniarki w szpitalu podrywał.

A w ogóle, to czy pogoda mogłaby się jakoś ogarnąć? Lubię śnieg, jestem fanką, ale nie w kwietniu. Nie chcę lata, pragnę przyzwoitych 15 stopni i bez deszczu. Mogą być chmury. Czy to tak dużo? Czy to takie trudne?

outlook

Ogólnie jestem uporządkowanym człowiekiem w robocie, ale outlook to inna kategoria. W związku z wielozadaniowością przez jakiś czas “obsługiwałam” 7 różnych skrzynek i ze względów organizacyjnych miałam takie ustawienie, że jak przeczytałam maila w podglądzie, on nadal pokazywał sie jako nieprzeczytany. Dopiero jak w niego wlazłam, to się odznaczał. Teraz poza imienną skrzynką mam tylko jedną dodatkową, ale jest ona priorytetowa i moja imienna zaczęła wyglądać jak śmietnik. Wiecie, korpo wysyła do swoich pracowników tysiąc komunikatów tygodniowo. Trafia tam też ping-pong w tematach, w których jestem załączona do wiadomości. Trafiają też maile z mojego zespołu jak coś konsultujemy. W czasach przed pandemią po prostu odwracaliśmy się na krzesłach, żeby przegadać temat, a teraz za każdym razem idzie co najmniej 5 maili. Jak się zgadzamy, bo jak się nie zgadzamy to więcej.

W efekcie na skrzynce miałam prawie 1000 maili, z czego około 470 nieprzeczytanych. Część z nich była przeczytana, ale nie odznaczona, bo nie zmieniłam ustawień na skrzynce. Nie mogę wszystkiego wywalić w kosmos, bo część z tych maili się przydaje po jakimś czasie. Los chciał, że w tym tygodniu była awaria jednego z systemów na których pracuję i miałam prawie godzinę przestoju. No i się wzięłam za porządki. Pomyślałam, że teraz albo pewnie za pół roku najwcześniej. Tak sobie posprzątałam, że został mi tylko 1 (słownie: jeden) mail. Najważniejszy mail z wszystkich. Moja ściąga z nazwami dysków sieciowych, na wypadek jakby mnie odcięło i żebym mogła je sobie zmapować sama. Praca zdalna ma to do siebie, że czasami jakaś aktualizacja wywala ustawienia albo po prostu coś się czasami nie podłączy. Niezbyt często, ale zazwyczaj właśnie wtedy, kiedy masz coś do zrobienia na wczoraj i jesteś w dupie. Jeśli ma się pecha, to stanie się to w poniedziałek, kiedy ludzie wracają z urlopów, zapominają haseł, blokują sobie dostępy i muszą dzwonić na helpdesk, żeby ich odblokowali. Dodzwonienie się na helpdesk w poniedziałek, czas oczekiwania: 3 godziny. Mapowanie dysków w korpo to bardzo ważna umiejętność. Drugą ważną umiejętnością było podłączanie drukarek sieciowych 😂

beton

Mam schizę jak przechodzę pod dźwigiem, znaczy się żurawiem takim, że te bloki betonowe, które są do obciążenia, zjebią mi się na głowę. Chociaż jakby mi się kilka ton betonu na łeb zwaliło, to pewnie bym się nawet nie zdążyła zorientować, a już bym była naleśnikiem. Od ręki mogę wymienić co najmniej 10 gorszych sposobów na śmierć. Mimo tego, że ogólnie mam podejście, że jak się zawinę z tego świata, to to już nie będzie mój problem, to jednak odczuwam jakiś taki wewnętrzny lęk i dostaję przyspieszenia jak przechodzę pod nimi. Problem by był, jakbym oberwała nie bezpośrednio i ujebałoby mi np. nogi. Myśl o tym stresuje mnie dużo bardziej, niż zostanie naleśnikiem.

Czułabym się pewniej, jakby pod nimi był jakiś pręt czy coś, a nie że sobie tak dyndają. Wiem, że są dobrze zamocowane, ale mogłyby tak nie dyndać.

sam się tak jakoś

No nie uwierzycie co się stało. Mam w domu przedwczesne zmartwychwstanie. Stary tablet mi się naprawił. Sam. Poleżał tydzień, przemyślał swoje zachowanie i się naprawił. Nawet nie jestem specjalnie zaskoczona, moje życie tak wygląda. Dziecko szczęścia. Jeśli ciągle macie pecha i zastanawiacie się gdzie jest równowaga w przyrodzie, to ja jestem po przeciwnej stronie z wiecznym fartem. Nie że w sensie, że bogata z domu i na dodatek nie muszę pracować bo sram pieniędzmi, a do tego piękna i bystra niczym Niagara. Mam takiego bardziej życiowego farta, że spadam na cztery łapy. Jak się coś dzieje nie teges, to często się mówi, że jakoś się ułoży. No więc u mnie naprawdę się jakoś układa. Grube sprawy i drobne sprawy. Może dlatego mam takie odczucie, że mam wieczne szczęście, bo potrafię docenić te drobne dobre rzeczy, które się wokół mnie dzieją. Tak czy inaczej, jestem dzieckiem szczęścia. Nawet moi znajomi tak twierdzą.

W wyniku tego szczęśliwego zdarzenia, mam teraz dwa tablety 😂 No cóż, jakoś sobie z tym poradzę. Nadal się do nowego przyzwyczajam, bo jest większy. Przesiadłam się z 8″ na 10″. Przy okazji zmieniłam umowę na internet mobilny i wypowiedziałam starą. U mojego operatora nie potrafią czytać ze zrozumniem, zupełnie jak u mnie w robocie. Umowę mam jeszcze 3 miesiące, ale już wysłałam wypowiedzenie, żeby nie zapomnieć. Napisałam wyraźnie, że chcę rozwiązać po spłaceniu ostatniej raty, która wypada w połowie czerwca. A ci mi przysyłają smsa następnego dnia, że rozwiązanie umowy nastąpi 30 kwietnia. Sobie myślę, że chyba ochujali, ale że jestem rozsądnym dorosłym człowiekiem, to zazwyczaj nie mówię wszystkiego co myślę. A już na pewno nie piszę. Odpowiedziałam więc, że wyraźenie napisałam kiedy chcę rozwiązać umowę i że nie widzę możliwości płacenia rat bez dostępu do pakietu danych, za które płacę. Tym razem chyba więcej osób musiało przeczytać to pismo, może nawet sam lider sekcji, bo odpisali dopiero po 3 dniach. Ktoś chce inny okres wypowiedzenia niż standardowe 30 dni, a w systemie się samo ustawia i jak to teraz zmienić? Ustawili na 1 lipca. Już mi się nie chce kłócić o 2 tygodnie, bo 1 lipca to połowa okresu rozliczeniowego, za który zapłacę z góry w połowie czerwca. Niech będzie. Może system pozwala im tylko ustawiać wielokrotność 30 dni 😂

A z naprawdę ważnych spraw: Somersby Blackberry bardzo dobre, Somersby Piña Colada bleh. Ananas mi jakoś nie podszedł. Koleżanka bardzo polecała, ale to jednak nie mój smak. Jeżyna za to do ponownego nabycia. Też koleżanka poleciła.

święta odwołane

Taka sytuacja. Kolega od ojca z pracy trafił w piątek do szpitala z covidem, więc rodzice odwołali świąteczne obiady, które były u nich zaplanowane i się izolują. Czekają na rozwój sytuacji. W sensie czy padre się zaraził. Jestem dumna z ich postawy.

Jeśli chodzi o święta, to dla mnie żadna strata. Obchodzimy je tylko ze względu na rodziców, a i tak traktujemy je bardziej jako okazja do rodzinnego spotkania niż jako święto religijne. Bardziej się boję, żeby rodzice nie zachorowali, zwłaszcza, że na koniec kwietnia mają wyznaczony termin szczepienia.

W związku z powyższym wczoraj zaczęłam zwykły długi weekend. Nabyłam browarki smakowe do testowania. Jestem fanką smakowych browarków. Nawet nie wiecie jak ogromne było moje rozczarowanie jak się zorientowałam, że Somersby ma napój gruszkowy tylko w wersji 0%. Czuję, że alkoholowa gruszka mogłaby powalczyć o pierwsze miejsce z jabłkowym Reddsem. Jabłkowy Redd’s jest moim faworytem od ponad dekady. Inne smaki też czasami kupuję, żeby sprawdzić czy może coś się zmieniło, ale nic się nie zmienia. Warka Radler w zeszłym roku wprowadziła nowe smaki i podniosła poziom alkoholu z 2% na 3,5% i tam jest jabłko z gruszką i jest dobre.

Wiedza pozyskana przypadkowo: słowo RADLER oznacza w dialekcie bawarskim rowerzystę. Ma sens. Jabłko z gruszką odkryłam na wycieczce rowerowej :)

to chyba już

Marzec się skończył, pogoda zrobiła się ładniejsza, więc chyba pora zacząć robić to wszystko, co zaplanowałam że będę robić, jak przestanę być leniwą bułą.

Sezon rowerowy został oficjalnie otwarty. W niedzielę koło 30 km, dzisiaj 40 km. Może jakieś nowe trasy w tym roku wymyślę. Nie to, że stare mi się nie podobają, ale nowy most otwarty, to może na drugą stronę Wisły się teraz będę bardziej zapuszczać. Przy okazji odkryłam, że maseczki jednorazowe są dużo lepsze na rower niż materiałowe lub zwykły sportowy komin. Zadziwiająco dobrze się oddycha. Dużo lepiej jak się jedzie niż jak się np. na światłach stoi. Moja brygada rowerowa właśnie zaraportowała, że dziś każdy indywidualnie jeździł. Będzie fajnie :)

now what?

Tablet mi się popsuł. Nie wiem dlaczego, nie wiem jak, ale nie hula. No nie współpracuje.

Na początku myślałam, że znowu jakaś globalna awaria, bo nie działały mi wiadomości na Insta i na Messengerze. Przeczekałam godzinę. Nadal nie działały, więc podjęłam standardowe kroki naprawcze. Jedyne jakie znam. Wyczyszczenie danych tymczasowych, reset sprzętu, odinstalowanie i zainstalowanie aplikacji i ponowny reset. Nawet kartę wyjęłam. Jak szaleć to szaleć. Nic nie pomogło.

Na domiar złego wywaliło mnie z gmaila i z innej aplikacji. To już było niepokojące. Moja zeschizowana dupa od razu odpięła kartę do konta osobistego, która była podpięta do zasilania konta Revolut, odisnatlowała messengera, dwie inne aplikacje i wylogowała się ze wszystkich kont googlowych, znaczy z trzech. No i okazało się, że konto googlowe się na dodatek zesrało. Chciałam zainstalować jedną z odinstalowanych aplikacji, żeby zobaczyć czy się nadal wiesza, ale sklep play nakrzyczał na mnie, że muszę się zalogować googlem. No i ups. Konta nie mogę dodać na tablecie. No jakiś syf straszny.

No i teraz się zastanawiam, czy próbować naprawiać, czy od razu spalić. Tablet ma już jakieś 3 lata. Jak mam teraz za serwis zapłacić jakąś bezsensownie dużą kasę, żeby przywrócić do życia, coś, co już nie jest pierwszej świeżości, to może jednak lepiej kupić nowy.

Mały update: Właśnie obmyśliłam genialny plan. Przywrócę sobie ustawienia fabryczne. A co mi szkodzi? :D

tryb sportowy

Powoli zaczynam się przestawiać na tryb sportowy. Nie to, że zaczęłam ćwiczyć po pół roku opierdalania się na kanapie. Jeszcze nie. Póki co, nastawiam się mentalnie. I sprzętowo. Przecież wszyscy wiedzą, że żeby zacząć uprawiać jakiś sport, musisz najpierw wydać kasę na sprzęt, który, jak dobrze pójdzie, będzie użyty 6 razy.

U mnie może nie jest tak źle, bo tryb sportowy nie jest czymś zupełnie nowym i niewykonalnym. Kumpela też postanowiła przestawić się na tryb sportowy i jak powiedziała, że jedzie do Decathlonu, to się z nią zabrałam. No i cud. Od roku próbowałam sobie kupić nową matę do ćwiczeń i nigdy nie było na stanie. Były dostępne internetowo, ale ja muszę pomacać zanim kupię. No i pomacałam i kupiłam. Przez ostatnie 3 dni obskoczyłyśmy też kilka Lidlów, bo rzucili ciuchy sportowe, ale to zupełnie niezależnie i przypadkiem się zgadałyśmy. W wyniku tego zgadania ona kupiła mi pompkę do roweru, a ja jej szorty sportowe, bo towar w Lidlach trafia się przypadkowo. Z tej pompki to jestem strasznie zadowolona, bo ma miernik ciśnienia i wreszcie nie będę musiała polować na sprawną stację rowerową gdzieś na trasie jak jadę. Teraz już tylko czekam aż zrobi się cieplej i będę mogła zacząć sezon rowerowy.

Przy pierwszej fali pandemii udało mi się zrzucić 12 kg, ale połowa już wróciła. Naprawdę nie wiem jak do tego doszło… Nadal uważam to za sukces, więc zabieram się znowu za siebie, bo jak wróci całe 12, to trzeba będzie zmienić kategorię tego osiągnięcia ;)

Zawsze wiosenne ruszenie dupy nazywam Projekt “Plaża”, ale z plażą nie ma to nic wspólnego. Nie lubię plaży. Znaczy leżenia na plaży nie lubię, plaża mi nic nie zrobiła. Wakacje też raczej spędzam w taki sposób, że paradowanie w bikini mi nie grozi. Ja nawet nie mam bikini. To nawet nie chodzi też o to, jak wychodzę na zdjęciach z wakacji, bo nie lubię swojej gęby na zdjęciach, więc i tak zazwyczaj to są jakieś widoczki. No ale Projekt “Plaża”, bo tak.

Mój tryb sportowy automatycznie łączy się z odchudzaniem, ale ja naprawdę nie lubię się głodzić. Ograniczam przyjmowanie kalorii, ale do bardzo rozsądnego poziomu i nigdy do tego stopnia, żebym chodziła głodna. Jem też słodycze. Ograniczam, ale nie wykluczam. Nie chodzi o to, żeby się katować. Nadmiar kalorii spalam na rowerze. To jest takie pół na pół odchudzanie z wracaniem do formy. Bo ja lubię być w formie. Czuję się wtedy lepszym człowiekiem i jestem z siebie dumna. Ha! Poza tym, jak człowiek jest w formie, to jest taki bardziej zbity i nawet jak waży więcej, to ogólnie lepiej wygląda. Znaczy ja konkretnie tak mam. Inny człowiek może ma inaczej. Zazwyczaj plan jest taki żeby do urlopu się ogarnąć, bo dobrze jest wyznaczyć sobie jakiś termin, a 6 miesięcy to rozsądny czasokres. A potem można powoli wrócić do bycia zimową kluską 😂

Większość Projektów “Plaża” u innych zaczyna się w styczniu razem z postanowieniami noworocznymi, ale wiadomo jak się kończą. U mnie to nie ma sensu, bo ja mam zawsze urlop we wrześniu lub październiku, więc zaczynam na wiosnę. Oczywiscie jest też szkoła “wolę się 2 tygodnie wstydzić, niż 6 miesięcy męczyć” i ja to szanuję i całym sercem wspieram. U mnie to nie jest kwestia “wstydzić”, bo jak jadę na urlop, to nie po to, żeby robić na kimś wrażenie. Wręcz przeciwnie, jadę odpocząć od ludzi. Bardzo się staram, żeby nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego i całym swoim istnieniem wysyłam sygnały “jestem nieciekawa, nie chcesz mnie poznać”. Na ostatnim urlopie najwięcej kontaktu wzrokowego łapałam z barmanem jak zamawiałam kolejny browar w ramach all-excuse-me*. Potem już się nawet nie musiałam odzywać, barman sam pytał “one beer?”.

No ale nie będę kłamać, nie lubię jak mi się tłuszcz zwija na brzuchu i wolę jak mi się nic nigdzie nie roluje. Chociaż prawda jest taka, że mi się zawsze coś gdzieś roluje ;) Samoakceptacja jest ważna, ale generalnie lepiej się czuję jak jestem w formie i lżejsza, to akurat nic odkrywczego. I nie, nie mówię tu o byciu lżejszym o 3 kg po schudnięciu z 58 do 55 kg**. Kilka razy w życiu udało mi się zrzucić 10 kg i nadal byłam w przedziale wagowym 65+, a moje maksimum było na poziomie 84 kg, więc mam z czym porównać. Poza tym nie lubię sapać jak chodzę po schodach. Jak jestem w formie, to nie sapię jak wchodzę na 2 piętro, nawet przy wadze 70 kg.

Mam też takie niespełnione marzenie, żeby mieć sześciopak. Chociaż sześciopak to taka raczej fantazja. Czteropak właściwie mi wystarczy. Właściwie to taka ładna 11 mi wystarczy. Trzeba znać swoje możliwości ;) Wiem, że mogę to osiągnąć, bo w zeszłym roku byłam już blisko. Wiecie co jest najgorsze? Zaczęły mi się pojawiać mięśnie w górnej części brzucha, a w dolnej nadal był tłuszcz. No jak to kurwa wygląda? Kaloryfer i bojler jednocześnie. Nie jestem zachłanna, kaloryfer mi wystarczy 😁 I jeszcze bicepsik i tricepsik mi się marzy. Można mieć ładne mięśnie i nie być napakowanym. Tu to nawet nie stałam obok tych mięśni. Ręce to moja największa treningowa porażka. Na pewno widzieliście te memy o tym, żeby nie pomijać dnia nóg. No więc ja zawsze pomijam dzień rąk, ale efektem nie są cieniutkie rączki, tylko takie zwisające pelikany pod ramionami. W tym roku wrzucę sobie jakieś program na ręce. Postanowiłam.

W trakcie pisania doznałam olśnienia odnośnie wyższości wracania do formy nad odchudzaniem. Znaczy nie takie do końca olśnienie. To raczej 25 lat z różnymi dietami i różnymi efektami (głównie z efektem jojo) i 7 lat mniejszej lub większej aktywności sportowej.

* Tak, miałam nieograniczony dostęp do alkoholu i piłam lokalne piwo, a nie fancy drineczki.

** Jak się nad tym zastanawiam, to nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tyle ważyła. Mam wrażenie, że najpierw byłam dzieckiem, a później BAM! i ważyłam 70 kg. Nic pomiędzy.

ścigana

HR mnie ściga za niezaplanowanie urlopu. Znowu. Jak w zeszłym roku. Skąd ja mam w marcu wiedzieć, gdzie pojadę na urlop i kiedy? I czy w ogóle pojadę. Pandemia jest, nie wiem. Jakby nie było, to bym od ręki 3 tygodnie ciurkiem mogła wypisać. Już ja wiem gdzie chcę polecieć, ale nie mogę. No ale niech będzie, trochę zaplanuję. Do dupy takie planowanie. Wklepałam długi urlop na przełom września i października, bo kiedyś trzeba. Długie weekendy w tym roku jakoś nie specjalnie się ułożyły. Poświęciłam 5 minut z kalendarzem i wysłałam 20 dni. No dobra, nie z kalendarzem, tylko z Excelem. Mam prosty plik, w którym mam małą tabelkę 12×31 komórek z zaznaczonymi weekendami i świętami, więc widzę cały rok za jednym zamachem i od razu zliczają mi się dni zaplanowane i ile zostało mi jeszcze do zaplanowania. Jeszcze 11 mi zostało, ale to będę negocjować w drugiej połowie roku.