niedziela

Niehandlowa. A mi się kawa skończyła. W sensie smaczna kawa, bo została jeszcze ta niedobra, dla gości ;) A ja się uczę i kawy potrzebuję. I coś słodkiego jeszcze. Na szczęście mam likier, który pomaga mi zaspokoić obie te potrzeby, bo niedobrą kawę zamienia w dobrą, słodką kawę.

Aż sprawdziłam czy mam zapasowy likier w barku, bo jakby mi cały wyszedł, dopiero by była tragedia. Na szczęście mam. Przy najbliższej okazji jednak dokupię, bo zimą to prąd dolewam do każdej kawy, nie tylko tej niedobrej.

A w ogóle, to co mi znowu ten wordpress namieszał w ustawieniach i w wyglądzie… ja nie jestem typem, który lubi zmiany. Muzykę nadal odtwarzam na Winampie, na wersji z 2009 roku z klasyczną czarno-zieloną skórką.

*edit*
Uff,  znalazłam przełącznik na poprzedni tryb edycji :)

Advertisements

queen

Powinni zrobić taki pokaz Bohemian Rhapsody w wersji “sing along”.
Taki, że widownia śpiewa podczas filmu.
Ale by było zajebiście!

osaka

Osakę miałam jako punkt przystankowy głównie ze względu na spotkanie ze znajomymi. Przy pierwszej wizycie spędziłam tam 3 tygodnie, więc nie miałam jakiejś silnej potrzeby zwiedzania, ale i tak kilka punktów było na mojej liście.
Dojechałam chwilę po 11 rano i musiałam coś ze sobą zrobić do czasu zalogowania się w hostelu, więc pojechałam do zamku. No bo gdzie ja mogłam jeszcze jechać, do świątyni ewentualnie ;) ale z plecakiem to tak nie bardzo. No więc zamek. Nie planowałam zwiedzać, bo już byłam, ale dokładnie pamiętałam, że dookoła jest ładny park. Ładny park po tajfunie sprzed kilku dni wyglądał tak:

Osaka naprawdę oberwała tajfunem 21.

Jak zajechałam na miejsce, google maps poinformowało mnie, że akurat jest tam impreza – Koiya Matsuri, taneczny festiwal, który odbywał się w kilku lokalizacjach w Osace. Pokręciłam się tam ze 3 godziny oglądając występy, zajrzałam pod zamek, zjadłam takoyaki z jednego ze straganów i pojechałam zostawić bagaż w hostelu, bo już mnie kręgosłup zaczynał boleć od tego łażenia z obciążeniem. Ja nie przyzwyczajona.

O hostelu w ogóle nie powinnam wspominać (ale jednak wspomnę), bo był najgorszy ze wszystkich, głównie przez to, że pokój był strasznie ciasny. Drzwi do pokoju prawie stykały się z pierwszym kontenerem, a między rzędem kontenerów ustawionych na całej długości pokoju a przeciwległą ścianą nie było nawet metra. I na tym niecałym metrze jeszcze musiały zmieścić się bagaże. Nie zauważyłam też okna. W dodatku w pokoju nie było małych szafek (na kody lub kłódki) na rzeczy osobiste. Na szczęście miałam dolne łóżko, a łazienka była czysta, tu nie mam nic do zarzucenia. Kontener standardowy, na szczęście tu na miejscu nie przyoszczędzili. W pokoju było tak ciasno, że nawet nie bardzo było jak zdjęcie zrobić.

Wieczór spędziłam kręcąc się po Dōtonbori. Miałam straszny problem z wybraniem miejsca na zjedzenie kolacji, bo tam wszędzie było jedzenie. Knajpa na knajpie, a ja nie powinnam mieć za dużego wyboru. Ostatecznie zdecydowałam się na ramen z pierożkami i piwo.

Następnego dnia pojechałam ze znajomymi do oceanarium Kaiyūkan, na diabelski młyn i na pyszne jedzenie. Pierwszy raz miałam okazję jeść i robić kushiage. To rodzaj jedzenia, które robi się samemu. Niewielkie porcje mięsa, owoców morza i warzyw są nadziane na patyczki, macza się je w sosie o konsystencji trochę rzadszej od ciasta naleśnikowego, obtacza w jakiejś posypce (nie wiem co to było) i smaży w głębokim oleju. Potem można jeszcze pomaziać sosem.

Chciałam pojechać jeszcze w kilka miejsc, ale pogoda była spaprana, więc ograniczyłam się do jedzenia ;)

różowy wpis

Hiroshima była najbardziej wysuniętym na południowy-zachód punktem wycieczki, a powrót zaplanowałam z 2-dniowym postojem w Osace. Trasę Hiroshima-Osaka można pokonać w 1,5 godziny, mi zajęto to 3, ale tym razem nie z powodu opóźnień. Po prostu wybrałam pociąg, który jedzie dłużej: Hello Kitty Shinkansen.

Hello Kitty Shinkansen

To jeden z niewielu pociągów w Japonii, na który miejsca zarezerwowane są z dużym wyprzedzeniem. Jako że miałam dość dokładnie zaplanowaną podróż, chciałam zrobić rezerwację zaraz po wylądowaniu w Japonii, ale nie było szans. Mogłam zatem liczyć tylko na to, że załapię się na miejscówkę w wagonie z miejscami bez rezerwacji.

Hello Kitty
źródło: jr-hellokittyshinkansen.jp

Podróż w Kawaii! Room nie wymaga rezerwacji, ale byłam pewna na 100%, że będzie tam dziki tłum i nie myliłam się.

Pociąg jeździ raz dziennie między stacją Hakata w prefekturze Fukuoka, a stacją Shin-Ōsaka i z powrotem. W kilka dni w miesiącu nie kursuje.
W celach wizualizacji posłużę się stroną Japan Rail, bo zrobić tam zdjęcia było dość ciężko, 10 osób na metrze kwadratowym trochę to utrudnia ;) Pociąg mija 8 prefektur i każdy z ośmiu wagonów ma obrazek Hello Kitty z jedzeniem, z którego każdy z tych regionów jest znany np. Osaka ma takoyaki.

Muszę przyznać, że próba rezerwacji biletów, a właściwie 3 próby, były jedynym momentem podczas całego wyjazdu, kiedy poczułam się olana jako obcokrajowiec-turysta, ewentualnie potraktowana jak otaku*, którego nie powinno się dopuszczać do “normalnych” podróżujących. Oczywiście nie w trakcie bezpośredniego kontaktu, w trakcie rozmowy wszyscy byli mili i w ogóle. Zorientowałam się dopiero po fakcie. Za każdym razem jak pytałam o wolne miejsca, dostawałam informację, że wszystkie wagony z rezerwacją są zajęte (co do tego nie mam wątpliwości), ale mogę jechać bez rezerwacji w wagonie nr 1 i 2, czyli w wagonie-sklepie i wagonie z miejsce do fotografowania, jak możecie się domyślać, wypchanych ludźmi po brzegi. Żaden z trzech pracowników kolei nie zająknął się, że ten pociąg ma jeszcze 3 inne wagony bez rezerwacji miejsc, którymi śmiało mogę jechać. Nawet nie można tego zwalić na barierę językową, bo raz był ze mną japoński kolega i uczestniczył w rozmowie. Na pytanie “W którym wagonie mogę jechać bez rezerwacji?” zawsze padała odpowiedź 1 i 2, co oczywiście nie było kłamstwem, ale nie było też całą prawdą.
Jako że sporo podróżowałam pociągami, bez problemu ogarniałam informacje wyświetlane na stacjach (nie ma się czym chwalić, bo żaden to wyczyn) i jak tylko dotarłam na stację w Hiroshimie, zorientowałam się, że zapowiadany pociąg ma 3 wagony bez rezerwacji, które były przede mną ukrywane. Poszłam na koniec składu i co prawda na początku nie było wolnych miejsc, ale na następnej stacji już trochę się zwolniło i mogłam wygodnie kontynuować podróż do Osaki.

 

* Ja nawet nie widziałam żadnego odcinka Hello Kitty!

przygody torowe cz. 2

Podczas pobytu w Hiroshimie pojechałam na Miyajimę – 25 minut pociągiem i 10 promem. Jak pisałam wcześniej, złapała mnie straszna ulewa. To co spadało mi na głowę dobrze oddaje cytat z Pratchett’a: „Przez cały czas lał deszcz – nieprzerwana ściana wody. Nie wydawał się naturalny. Wyglądał, jakby morze postanowiło odzyskać ląd metodą desantu powietrznego.”. Ewakuowałam się z wyspy i 5 minut po dobiciu do brzegu, czekałam już na dworcu.

Wpakowałam się do pociągu do Hiroshimy, ale po 2 stacjach pociąg stanął i stał prawie godzinę. Co tym razem? No przecież nie skutki tajfunu, bo po pierwsze, bezpośrednio w tych okolicach nie przechodził, a po drugie, jak jechałam do Hiroshimy to wyglądało, że pociągi kursowały już normalnie. Po 40 minutach odpaliłam mapy, żeby zobaczyć gdzie mniej więcej jestem. I tak długo wytrzymałam, ale to chyba dlatego, że nie miałam już planów na popołudnie. Okazało się, że całkiem blisko zatrzymuje się Hiroden. Między Hiroshimą a przystanią promową na Miyajimę jeździ Hiroshima Dentetsu, po naszemu tramwaj. No to się zebrałam i poszłam na przystanek. Tramwaj przyjechał już trochę zapchany, a ludzie z mojego pociągu wypełnili go jeszcze bardziej. I już byłam jedną nogą w tramwaju, ale nie mogłam znaleźć biletownika. Wiedziałam, że będę miała problem z dogadaniem się z motorniczym przy wysiadaniu, więc wysiadłam żeby się zorientować w temacie i na spokojnie dojechać. Okazało się, że bilety pobiera się na stacji. To takie papierki z oznaczeniem stacji na której się wsiadło, żeby przy wysiadaniu było wiadomo ile trzeba zapłacić.

W czasie kiedy ogarniałam system biletowy, na stację zaczęli docierać kolejni pasażerowie z pociągu i wszyscy trzymali w ręku jakieś malutkie karteczki. Czy to te kwitki, które wydaje stacja potwierdzając, że pociąg się zepsuł, o których kiedyś słyszałam. Podsłuchałam obcokrajowców, że to właśnie to co myślałam oraz że oficjalnym powodem zatrzymania pociągu są ulewne deszcze. Miałam raptem 200 metrów do przejścia, więc wróciłam na stację po swoją karteczkę. Druga taka okazja mogła mi się już nie trafić. Chociaż biorąc pod uwagę moje tegoroczne przejścia z pociągami, to jednak mogła. Odstałam w kolejce, wzięłam kwitek i wróciłam na tramwaj.

O matko i córko, co tam się działo przy tym tramwaju. Dziki tłum pakował się do środka. Przepuściłam jeden i upchnęłam się do następnego. Szczęście w nieszczęściu, że mój pociąg stanął całkiem daleko od Hiroshimy, bo pasażerowie z zatrzymanych pociągów z kolejnych stacji zostawali na przystankach. Nie było już miejsca.

Tramwaj ma dużo więcej przystanków niż pociąg, jedzie wolniej i wysiadanie w takim tłoku też trwa długo. Jak dodać do tego 40 minut, które siedziałam cierpliwie w pociągu, to z przejażdżki, która miała trwać 23 minuty zrobiła się podróż na 2,5 godziny. Jeszcze musiałam tramwaj po drodze zmienić, bo ta linia dojeżdżała do głównej stacji w Hiroshimie, ale ja przy niej nie mieszkałam.

Hiroden

W tramwaju zagadała do mnie miła starsza pani, która była przejęta losem biednego obcokrajowca w tych trudnych okolicznościach pogodowo-komunikacyjnych. Spytała dokąd jadę, upewniła się czy na pewno wiem gdzie się przesiąść i poinformowała, że mój drugi tramwaj będzie odjeżdżał dokładnie z tego samego przystanku na którym wysiądę, więc nie będę musiała go szukać. Nie to, żebym tego nie wiedziała, ale z wdzięcznością przyjęłam wszystkie te informacje. To już kolejny raz, kiedy ktoś z własnej inicjatywy postanowił mi pomóc. Tak mnie teraz naszło, że może mam taki durnowaty wyraz twarzy, że wyglądam jakbym nie wiedziała co się dzieje i potrzebowała pomocy ;)
Porozmawiała jeszcze ze mną, co widziałam w Japonii, na ile przyjechałam itd. W międzyczasie jeszcze zainteresowała się czy nie jestem głodna i dostałam cukierka na gardło :) Chyba na każdej szerokości geograficznej znajdzie się jakaś starsza pani, która gotowa jest poczęstować przypadkowo spotkanego młodego człowieka cukierkiem :D

powrót

Jakbym wiedziała, że pada, to bym nie wstawała. Zorientowałam się, jak wyszłam z klatki. Wtedy dopiero mżyło i serio miałam nadzieję, że przestanie zanim dojadę do parku. Nie przestało i biegłam 5 km w deszczu. Dobrze, że w miłym towarzystwie.
Niech to będzie powrót do aktywności z mocnym akcentem. Od czasu urlopu, czyli od połowy sierpnia, się opierdalam. W zeszłym tygodniu nie dotarłam na bieg, bo w piątek zachlałam, a 2 tygodnie temu miałam lenia. Zatem powrót do aktywności, żeby na wiosnę nie okazało się, że znowu jest +10 kg. 화이팅! że tak sobie zakrzyknę po koreańsku ;)

hiroshima

Tak naprawdę, to napaliłam się na Miyajimę, a Hiroshima była jako miejsce wypadowe i tak zwane “przy okazji”. Poprzednim razem na wyspę miałam tylko 2 godziny, bo zahaczyliśmy o nią jak wracaliśmy z Osaki do Tokyo, a w dodatku padało. O, tutaj jest wpis sprzed 2 lat. Tym, dla których mapa Japonii jest obca i nie chce im się spojrzeć w google podpowiem, że to zupełnie w przeciwnym kierunku. W sensie, że Osaka leży pomiędzy Hiroshimą i Tokyo. Wieczorem mieliśmy dojechać do Tokyo i to wyjaśnia dlaczego mieliśmy tak mało czasu.

Hiro

Tym razem Miyajima miała być główną atrakcją, na którą przeznaczyłam większość dnia. Chciałam wejść na górę Misen (widać na zdjęciu z promu), a potem zostać na zachód słońca, żeby podziwiać O-Torii w tych pięknych okolicznościach przyrody, jakie oferuje okolica. Niestety limit na słońce dla mnie skończył się 2 dni wcześniej i w zamian dostałam wypasiony pakiet “chmury i deszcz”. Chmury zbierały się już jak byłam w drodze, więc najpierw zjadłam obiad, żeby opóźnić spacer w górę i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja. Rozwinęła się na mokro. Jakieś 40 minut po tym jak przypłynęłam, zaczęło padać. Lać w zasadzie. Ściana deszczu.

O-Torii to taka duża brama stojąca w wodzie… jak jest przypływ. Przypływu nie było, więc stała w glonach i kręcili się przy niej ludzie. Brama jest częścią Itsukushima Jinja, która też stoi na wodzie… jak jest przypływ.
Nie tak to miało wyglądać, ale przynajmniej na obiad zjadłam zarusoba i kupiłam momiji-yaki, to takie słodkie ciasto w kształcie liścia klonu z pastą w różnych smakach w środku. Takie ciasteczka spotyka się w wielu miejscach, w różnych kształtach i w różnych wersjach smakowych. Miyajima ma akurat liście klonu.
Wyspa i góra zostają na liście “następnym razem” i może kiedyś uda mi się tam dotrzeć bez deszczu.
Na pocieszenie dostałam jelonki. Jelonki są dobre na pocieszenie. Jeden próbował mi zakosić żarcie z plecaka, a przyłapany na gorącym uczynku, odwrócił głowę i udawał, że to nie on. Mam to na zdjęciu.

Przez pół dnia nie padało, ale to było akurat to pół, które spędziłam w Hiroshimie. Z dobrych wiadomości mam takie, że dzięki temu udało mi się spożyć lunch w ogrodzie Shukukeien, którego nie udało mi się odwiedzić poprzednim razem. Jadłam coś nowego, Gomoku Inari Zushi i Ankoro mochi. Pierwsze to ryż w kieszonce ze smażonego tofu. Inari zushi to sam ryż w tofu, gomoku oznacza, że wkładka jest 5-składnikowa (go to po japońsku pięć). Ogród oczywiście piękny, ale japońskie ogrody po prostu tak mają.

Zaszłam do zamku i nawet nie wyobrażacie sobie mojego rozczarowania, jak zaraz przy wejściu na schody zobaczyłam karteczkę, że nie trzeba zdejmować butów. To po co ja tam w ogóle polazłam, jak sobie w skarach nie mogę pochodzić?! Na dodatek z góry nie było ładnego widoku. Hiroshimo, dlaczego mi to robisz?
Zamek ma też fotkę nocną, bo jak zajechałam do Hiroshimy po wycieczce rowerowej, to było późne popołudnie i po zjedzeniu obiadu starczyło mi już tylko sił na krótki spacer.

Byłam też w Parku Pokoju, ale taką samą wizytę opisałam 2 lata temu, więc nie będę już powtarzać. Link macie na górze wpisu.

Kopuła Bomby Atomowej

Hostel trafił mi się całkiem przyjemny. Nie był najwyższej klasy, ale widać, że chciał być i się starał :) Pokój był 4-osobowy i dwie panie były tam dłużej niż ja. Obie przemiłe i obie gaduły, więc znowu miałam okazję poćwiczyć język, a tematy były bardzo różne, włącznie z poradami małżeńskimi. Okazało się, że młodsza ze współlokatorek normalnie w ciągu dnia chodzi do pracy, ale jest na gigancie, bo uciekła z domu, bo podejrzewa męża o zdradę. Takie rzeczy!

Hostel w Hiroshimie

Kontenerek jak widać na bogato: dwa włączniki światła (a to duża wygoda), dwa rodzaje światła (panele i lampka z 3 poziomami jasności świecenia), a to się raczej nie zdarza, szeroka półka, wieszak i nawet wentylacja. Naprawdę sporo miejsca. Sam pokój nie był duży i miał obskurny betonowy sufit z rurami na wierzchu, ale łazienki były przyzwoite, dobrze wyposażone i jako jedyne miały kosz pełen małych ręczników podłogowych z karteczką zachęcającą gości do korzystania z nich :)

A w ogóle, to jestem rozczarowana, że tak mało osób przeczytało mój wpis z wycieczki rowerowej wzdłuż Shimanami Kaidō, a tam było najładniejsze zdjęcie z całego wyjazdu.

ale zrobiłam

Ogłupiłam wordpressa :)

Nie od dziś wiadomo, że strony próbują przystosować się do preferencji użytkowników. Niestety moje tabletowe preferencje, którym wordpress próbował sprostać, są trochę skomplikowane:
– urządzenie funkcjonuje w języku polskim,
– ostatnio logowałam się na WP w Japonii,
– jako domyślny język na WP mam ustawiony angielski (dla lepszego wyszukiwania tagów),
– mam zainstalowane dwie dodatkowe klawiatury: japońską i koreańską, których ostatnio używam, bo się uczę oraz do wyszukiwania na youtube.

To wszystko sprawiło, że WP odpalił mi się po japońsku, a po zmianie na polski, napisał do mnie trochę po koreańsku, oferując zmianę na angielski, większość zaprezentował po polsku, ale nadal wykazywał gotowość do powrotu do japońskiego. No zgłupiał!

自転車(jitensha) czyli rower

Żeby tylko nie padało, żeby tylko nie padało! Z taką myślą kładłam się spać w Imabari, bo następnego dnia miałam przejechać Shimanami Kaidō, 70-kilometrową trasę rowerową.
To miał być jeden z dwóch zaplanowanych dni, kiedy naprawdę potrzebowałam sprzyjającej pogody. Z Fuji się udało, teraz była druga próba bycia dzieckiem szczęścia.

No i nie padało! Obudziłam się pół godziny przed wschodem słońca, akurat na czas, żebym zdążyła się ogarnąć i żebym w pełni świadoma mogła zbierać szczękę z podłogi.

Imabari

To był taki krótki moment prawdziwego zachwytu. To zaskakujące, jak szybko wschodzi słońce.

No ale wróćmy do Shimanami Kaidō. Spałam w hotelu Sunrise Itoyama, który jednocześnie jest krańcowym terminalem całej trasy. Drugi koniec znajduje się w Onomichi. Trasa biegnie przez 6 niewielkich wysp i 6 mostów, między głównymi wyspami Shikoku i Honshu i jest całkowicie przystosowana do rowerów. Shimanami Kaidō to również nazwa drogi ekspresowej, ale trasa rowerowa biegnie wzdłuż niej tylko na mostach. Dzisiaj oszczędzę Wam malowania po mapach z googla, bo wszystko ładnie widać :) Niestety widać ekspresówkę, a nie trasę rowerową.

Dzień wcześniej wysłałam z pociągu maila z prośbą o rezerwację roweru i dostałam odpowiedź, że wszystkie crossowe są już zarezerwowane, ale mogą mi dać miejski. A co tam, może być i miejski. Najwyżej będzie trochę ciężej, ale za to będę jechała wyprostowana, z miękkim siodełkiem i z koszykiem do którego wrzucę sobie plecak.
Rano okazało się, że jednak znalazł się dla mnie rower. Panowie z wypożyczalni chyba zasugerowali się, że kobieta i przyprowadzili mi takiego jak dla nastolatków. Stanęłam obok tego roweru, spojrzałam na pana, a pan tylko kiwnął głową i poszedł po większy rower. Europejki… Moje 170 cm nie robi na nikim wrażenia w Polsce, ale od przeciętnej Japonki jestem wyższa prawie o głowę. Rower dostałam crossowy, ale opony miał całkiem wąskie, dostosowane do betonowej nawierzchni po której przyszło mi jechać.

Pokwitowałam odbiór roweru, dostałam kask, mapę, linkę do mocowania i instrukcję gdzie dzwonić, jakby się rower zepsuł.
Już po pierwszych 100 metrach poczułam jak dobrze pod rowerzystów jest przygotowana ta trasa, bo Sunrise Itoyama jest zaraz przy moście. Podjazdy pod mosty były wydłużone i pozakręcane, dzięki czemu nachylenie nie było zbyt duże.

Cała trasa była bardzo dobrze oznakowana przez niebieską linię na drodze oraz dodatkowe słupki informacyjne. Właściwie ani razu nie musiałam wyjmować telefonu żeby sprawdzić czy dobrze jadę albo ile mam jeszcze do przejechania. Przez ponad połowę trasy rowery miały albo osobną drogę (nie przy ulicy), albo wydzielony pas wzdłuż jezdni. We wszystkich innych miejscach można było spokojnie jechać jezdnią, ruch na tych wyspach nie jest wielki. Jeśli ja mówię, że można było tam jechać spokojnie, to znaczy że naprawdę można, bo ja nie jeżdżę rowerem po ulicach, bo się boję. Niektóre podjazdy były naprawdę długie, ale żaden z nich nie zmusił mnie do zatrzymania się. W dodatku zaraz po tych długich podjazdach następowały super długie zjazdy. To dopiero była radocha! Ostatni most miał ciekawy przejazd pod mostem. I był jeden dinozaur po drodze ;)
Na pamiątkę dostałam mini dyplom potwierdzający przejechanie całej trasy, z pieczątkami z krańcowych terminali.

Pogoda trafiła mi się naprawdę super, było ciepło, ale prawie nie było słońca.
Do trasy nie trzeba przygotowywać prowiantu, bo po drodze można zatrzymać się w sklepie lub przy automacie z napojami.
Poza rekomendowaną trasą, którą jechałam, są też wyznaczone dodatkowe trasy, którymi można zwiedzać wyspy lub dojechać do punktów widokowych. Przed skrzyżowaniami na jezdni są informacje, że np. za 50 m będzie skręt w prawo. Nawet jeśli się takiego oznaczenia nie zauważy, łatwo się zorientować, bo za skrzyżowaniem znowu zaczyna się niebieska linia na jezdni.

Koszt wypożyczenia roweru to 2000¥ (ok. 65 PLN). 1000¥ za wypożyczenie roweru i 1000¥ depozytu, który jest zwracany tylko jeśli odda się rower w tym samym miejscu, w którym się go wypożyczyło. Terminal w Imabari jest otwarty od 8 rano, a ten w Onomichi działa do 19-tej, miałam więc 11  godzin na przejechanie 70 km. Luzik :)
Po dojechaniu do celu dostaje się podpis na kwitku, że oddało się rower.

Bardzo przyjemna wycieczka, jak ma się gdzie zostawić bagaż. Ja swój odebrałam ze stacji Shin-Onomichi i ruszyłam w dalszą podróż do Hiroshimy.
Można też przejechać część trasy i wrócić do tego samego miejsca. W Onomichi można się zatrzymać i przespacerować szlakiem świątyń “Temple Walk“. Od strony Imabari można poświęcić dzień na odwiedzenie kilku z 12 oryginalnych zamków. Na Shikoku są 4 takie zamki. Problem z Shikoku jest tylko taki, że kolej nie jest tam tak super rozwinięta jak na Honshu i pokonywanie odległości zajmuje sporo czasu.