jajo

Od dawna powtarzam, że moją pasją jest niegotowanie. Uważam, że godnie reprezentuję gatunek chujowych pań domu. Był czas, kiedy na FB wrzucałam zdjęcie obiadu i znajomi zgadywali co stworzyłam. Celowo nie użyłam słowa ‘ugotowałam’, bo to by była zniewaga dla wszystkich gotujących. Były przypadki, że nikt nie zgadł.

Po tym nawet niezbyt długim wstępie, przechodzę do rzeczy. Nigdy w życiu nie udało mi się ugotować jajka na miękko. NIGDY. Próbowałam wiele razy i z różnymi przepisami. Dzisiaj podjęłam kolejną próbę i ten stan się nie zmienił. Żółtko surowe, białko trochę ścięte, ale też częściowo płynne.

Jajo

Ja naprawdę lubię jajka na miękko, a od 10 lat żadnego nie zjadłam.

Drodzy Wspołblogowicze, jak gotujecie jajka na miękko?

Advertisements

kocyk

A miało być tak pięknie… kino, alkohol i noc poza domem. Jest kocyk, lekarstwa i kosz na chusteczki przy łóżku, bo zużywam w takiej ilości, że ciągle musiałabym spod tego koca wyłazić. Stodal walę z gwinta, bo komu by się chciało odmierzać syrop łyżką albo tym kubeczkiem, który jest w pakiecie.

Zamierzam się jak najszybciej wyleczyć, więc wykorzystam fakt, że jest weekend i go po prostu przeleżę pod kocykiem. Kocyk mam profesjonalny, chorobowy, z doszytymi rękawami. Dzięki temu jestem szczelnie okutana pod samą szyję i nadal mogę wygodnie oglądać głupoty na youtubie. W dodatku nie odkrywam się przy każdym sięgnięciu po chusteczkę, czyli średnio co 3 minuty.

no choroba

Jak co roku, razem z pierwszym ochłodzeniem przyszła choroba. Standard. Wczoraj przyszła i od razu zaatakowała z grubej rury. Żadne tam kichanie czy inne pierdoły. Znaczy kichanie też, ale najgorszy jest ten mózg wypływający przez nos. W bonusie dostałam też od razu chrypę i co jakiś czas jeszcze kaszel.

O ile zazwyczaj nie wiem gdzie się dorabiam choroby, to tym razem doskonale wiem dlaczego cierpię. We wtorek rano było tak całkiem rześko, ale wylazłam w krótkim rękawku i bez bluzy, bo popołudniu miało być 20 stopni, a ja tak bardzo nienawidzę targać ciuchy w ręku. Poza tym mam nieduże odległości do pokonania, a w autobusie i tak mi gorąco. Plan był zajebisty i popołudniu rzeczywiście było ciepło, tylko że z roboty wyszłam o 21.30 i jakby się nie załapałam na to dogrzewające słońce. Przymroziło mnie rano, potem jeszcze raz wieczorem, a 2 dni później dostałam to, na co zasłużyłam.

Całe szczęście, że dopadło mnie w czwartek, bo w środę miałam dentystę. Trochę głupio zejść z tego świata przez uduszenie własnym glutem na fotelu dentystycznym. Przy okazji, ząb uratowany. Obyło się bez kanału, lekarstwo zadziałało.

Tego samego dnia miałam też rezonans, a przy cieknącym nosie i kichaniu, raczej trudno wyleżeć na brzuchu 40 minut i się nie ruszać. Przy czym to jest ten typ nie ruszania się, kiedy technik wykonujący badanie mowi “proszę spróbować tak głęboko nie oddychać”. Już dawno takiej prośby nie słyszałam, bo to chyba już mój 8 rezonans i doszłam do wprawy. Mam już takie doświadczenie, że się prawie z panią pielęgniarką pokłóciłam o to, czy mogę sobie standardową podpórkę pod głowę (taką z otworem na twarz) wymienić na kocyk. Na szczęście przyszedł pan technik robiący badanie, a to on tam rządzi, bo układa pacjenta, więc z nieszczęściem w głosie spytałam “nie mogę kocyka?”.  W przeciwieństwie do pani pielęgniarki od razu wiedział o co mi chodzi :) Pani pielęgniarka najpierw nie chciała mi dać kocyka, bo się uduszę, bo teoretycznie powinnam leżeć twarzą w dół, jak na takim sprzęcie do masażu. Na argument, że sobie głowę na bok przekręcę, stwierdziła, że w ten sposób słuchawek wyciszających nie będę mogła założyć. To wytłumaczyłam, że zwykłe zatyczki do uszu wystarczą. W tym czasie pan technik położył kocyk na miejsce i dał mi do ręki zatyczki do uszu :) Tak to ja lubię współpracować. Żeby nie było, pani pielęgniarka była też bardzo profesjonalna i widać że z doświadczeniem. Jak nikt nigdy wcześniej wytłumaczyła mi jaki będę miała podany kontrast podczas badania, w jakim procencie i po ilu dniach mi się wypłucze z organizmu i wiele innych informacji dotyczących samego badania. No i muszę przyznać, że naprawdę elegancko wbiła mi się w żyłę. W zeszłym roku inna pielęgniarka się przestrzeliła i pół strzykawki soli fizjologicznej wpuściła mi w mięśnie. Bolało.

równowaga

Ostatnio zaliczyłam work-life balance w wersji classic korpo, czyli pół doby w korpo i pół poza. Równowaga osiągnięta ;) Jak wychodziłam z roboty pomyślałam, że chyba jestem nienormalna, że tyle pracuję, ale wyszło mi, że jeśli dzięki temu odkopię się z zaległości, to raz na pół roku mnie nie zabije. Tylko że 4 dni później siedziałam w robocie 13,5 godziny… Przynajmniej się trochę odkopałam ;)

zalecenia

Mam biały tydzień, czyli włóczę się po lekarzach – w ciągu tygodnia zaliczę 4 wizyty. Tak jakoś się terminy zeszły.

Zaczęłam od dermatologa. Siedzę w poczekalni, a tu pani z recepcji zagaduje: ooo, zakładałam pani kartę w 2005 roku. Kurde, to już 14 lat. Tyle lat leczę się na różne dermatologiczne atrakcje u dobrego lekarza. Z przerwami oczywiście, bo ostatnią wizytę zaliczyłam w 2017 roku, a wcześniej to z 5 lat mnie tam nie było. Przed 2005 r. jakieś 8 lat leczyłam się u beznadziejnych lekarzy, którzy w żaden sposób nie pomagali. Bo ja delikutaśna jestem. W sensie wrażliwa. I trochę specjalna. Jak człowiek specjalny dermatologicznie trafi na dobrego lekarza, to się go trzyma.

Tym razem przyszłam z nogami niczym rozpacz. No to pokazuję pani doktor te moje popsute kopytka. Ojojojojoj. No, wiem… Nawet nie udaję, że nie przyłożyłam się do tego stanu. No co ja poradzę, że rozdrapuję wszystko do czego dosięgnę. A do nóg dosięgam bez problemu. Do twarzy niestety też. Mam już na koncie zdejmowanie płytkich blizn, po tym co sobie na gębie rozdrapałam (a raczej wydrapałam) będąc nastolatką. Mam tak od maleńkości. No ale urlop już realnie pojawił się w zasięgu wzroku, to może jakoś się powstrzymam. 40 dni. Tyle mam na zaleczenie tego, co popsułam.

Dostałam torbę lekarstw i zalecenia na najbliższe 2-3 miesiące: nie depilować, nie opalać, nie zachodzić w ciążę*. Brzmi jak urlop idealny :D

 

* To ostatnie nie pomoże na nogi, ale takie jest zalecenie przy stosowaniu jednego z leków.

symbole

Od kwietnia regularnie przeglądam google maps w obrębie Japonii i jakiś czas temu oburzył mnie sposób, w jaki oznaczone są świątynie buddyjskie. Tak, byłam oburzona do tego stopnia, że skomentowałam to odkrycie słowami No chyba ich pojebało!
Odkąd pamiętam, świątynie bardzo łatwo można było znaleźć, bo shintoistyczne jako symbol miały bramę torii, a buddyjskie miały swastykę. Taką, wiecie, buddyjską. A potem swastyki już nie było, był zwykły znacznik z kropką, jaki jest przy różnych innych miejscach.

swiatyniepin

Czy google postanowiło usunąć z map buddyjskie swastyki, bo komuś mogły się kojarzyć z nazistowskimi swastykami? To nawet ciężko podciągnąć pod poprawność polityczną. Zwykła głupota i niedouczenie. Nawet jeśli założyć, że spora część ludzi to idioci oraz że nawet ci trochę bardziej ogarnięci nie zawsze mogą kojarzyć w którą stronę skierowane są ramiona obu swastyk, to mimo wszystko chyba nikt by nie podejrzewał, że miejsca mające w nazwie “temple” i oznaczone swastyką są miejscami kultu związanymi z nazistami.

Chyba nie tylko ja byłam oburzona, bo google przywróciło oryginalne oznaczenia buddyjskich świątyń. Nie żeby przywróciło mi to wiarę w ludzkość, ale mimo wszystko poprawiło mi humor.

Jak już jesteśmy przy oznaczeniach, w ramach przygotowań do igrzysk olimpijskich, Japonia zabrała się za opisywanie wszystkiego w 4 językach: japońskim, angielskim, koreańskim i chińskim. Szczególnie dobrze widać to w Tokyo. Zrozumiałe działanie, bo Tokyo 2020 to ogromne wydarzenie, na które ściągną tłumy z całego świata. To co zostanie opisane teraz, przyda się w przyszłości turystom, którzy w coraz większej liczbie odwiedzają ten kraj.

Nie to, żeby Tokyo było do tej pory źle oznaczone. Nic z tych rzeczy! Uważam, że osoba nie znająca języka japońskiego bez problemu może się tam przemieszczać. Wiem, bo podczas 3 pobytów spędziłam w Japonii 7 tygodni i ani razu się nie zgubiłam. To, że wyszłam ze złej strony stacji świadczy tylko o tym, że nie ogarnęłam. Jak się potem przyjrzałam, to wszystko było oznaczone jak należy. Prawda, trochę mówię po japońsku (od drugiego pobytu i z naciskiem na trochę), ale z czytaniem kanji sobie nie radzę. Ale nawet jakbym w ogóle nie mówiła, to większość nazw podpisana jest w romaji, czyli w alfabecie łacińskim, a dodatkowo komunikaty w zbiorkomie w pewnym stopniu przekazywane są w języku angielskim w wersji wizualnej lub paszczowej. I ja właśnie z tych komunikatów korzystałam. Proszę, oto dowód. To jest ten sam komunikat o najbliższych pociągach wyświetlony w języku japońskim i angielskim. No dobra, wiem, że to Osaka. W Tokyo wygląda to tak samo ;)

kolej
Wydaje mi się, że te udogodnienia w zupełności wystarczą i nie ma potrzeby, żeby Japonia zmieniała używane przez dziesięciolecia symbole, tylko dlatego, że różnią się od tych stosowanych przez resztę świata, np. poczta albo szkoła. Z tego co słyszałam, były takie plany, ale ostatnie artykuły jakie znalazłam na ten temat są z 2016 roku (ale nie szukałam aż tak bardzo aktywnie).

poczta

A poza tym, no przecież i tak wszystko jest podpisane, a mapy papierowe mają coś takiego jak LEGENDA.

z domu

Po raz pierwszy od bardzo dawna wzięłam służbowego laptopa do domu. Bardzo pilnuję, żeby tego nie robić. Wolę zostać dłużej w robocie, niż pracować w weekend. No ale taka sytuacja, że muszę się nad czymś dobrze zmóżdżyć, a w robocie cały czas coś mi wpada na bieżąco i nie mogę znaleźć tych 2 godzin, żeby się skupić i żeby mi nikt dupy nie zawracał.

Jak to dobrze czasami popracować w ciszy, zastanowić się czy to co czytam ma ręce i nogi. W ogóle doczytać cokolwiek do końca strony, bez odbierania telefonu z kategorii a) pilne, b) bardzo pilne, c) pomóż, nikt mi nie chce pomóc, d) dzwonię, bo właśnie wysłałem ci maila.

Wyrobiłam się w 1,5 godziny i zamierzam te nadgodziny odebrać. Poczucie obowiązku każe mi robić po godzinach, ale czasy kiedy pracowałam “ku chwale korporacji” już dawno minęły.

A teraz pora wstawić pranie, bo jak mawia mamma: “jak nie zrobisz w niedzielę prania, to poniedziałek nie nadejdzie”. Nabija się ze mnie, bo zawsze jak dzwoniła do mnie w niedzielę, to na pytanie Co dzisiaj robisz? odpowiadałam, że pranie.

będzie żyć?

Nie ma to jak zacząć weekend od wizyty u dentysty! Wizyta na szczęście planowana, a nie jak rok temu, kiedy umierała mi górna czwórka i pojawiłam się w gabinecie ze łzami w oczach i z żądaniem, żeby mi ją zatruli, bo nie wytrzymam kolejnych 2 dni do planowanej wizyty.

Planowana o tyle, że od 2 tygodni znowu czuję jak ćmi mnie* pół szczęki, a to dokładnie takie samo uczucie jak przed długim i bolesnym zgonem czwórki, tylko póki co mniej intensywne. Nie mam zamiaru znowu tak cierpieć. Pani dentystka założyła mi lekarstwo i albo się wyleczy, albo kanałowe w kolejnym zębie. Ciekawe czy tym razem ząb przeżyje, czy jednak trzeba będzie go umrzeć. To byłby już 6-ty do kolekcji. Na szczęście moja dentystka jest specjalistką od kanałów i wszyscy ogladajacy mój pantomogram (technik robiący zdjęcie, dentysta i chirurg) chwalili jak dobrze mam wypełnione kanały.

Właśnie dostaliście paszczowy update, czy tego chcieliście, czy nie ;)

 

* Nawet nie zamierzam sprawdzać jaka jest właściwa forma gramatyczna.

eko

Staram się być trochę eko. Nie tak bardzo, żeby zaraz mydło w kostce zamiast szamponu, ale tak po trochu próbuję wprowadzić pewne dobre nawyki. Nie targam zakupów w 5 plastikowych siatkach, mam materiałowe. Z drugiej strony, warzywa i owoce w większości pakuję w foliówki… No mówię, że po trochu.

Segreguję też śmieci. W Warszawie pojawiły się ostatnio 2 recyklomaty. Oczywiście do obu mi nie po drodze, ale stwierdziłam, że jeśli będą miały branie, to może pojawi się ich więcej i jest szansa, że w końcu jakiś stanie bliżej mojego domu. Zainstalowałem aplikację i pojechałam wymienić butelki. Przy automacie stał młody człowiek i pomagał w obsłudze, bo drugiego dnia po uruchomieniu automat już się popsuł. Podobno przez to, że ludzie pakowali tam niekoniecznie tylko butelki. No nie wiem… ludzie są durni (co do tego nie mam wątpliwości), ale recyklomat nie działał też jakoś specjalnie sprawnie, bo zacinał się nawet kiedy był obsługiwany przez kogoś, ktoś stał tam właśnie po to, żeby go obsługiwać.

Za drugim razem poradziłam sobie sama ;)

Niestety, jak pojechałam tam po raz trzeci, z jeszcze większą liczbą butelek i puszek, automat był zepsuty. Przerwa techniczna. Pan ogarniający teren był uprzejmy mnie poinformować, że jest to jedna z tych przerw, które mogą trwać 2 godziny albo 2 dni. Wszystko zależy od tego, kiedy przyjedzie ktoś z serwisu, a kiedy to się stanie, nikt nie wie. Nawet nie było gdzie tych butelek zostawić. I tak się skończyła moja przygoda z recyklomatem. Chciałam dobrze, ale w dupie mam jeżdżenie przez pół miasta z wielką torbą z butelkami. Torba wielka, bo butelki i puszki muszą być w stanie oryginalnym, niezgniecione, bo inaczej recyklomat ich nie przyjmie.

Odinstalowałem aplikację, a zgniecione butelki wyrzucam do właściwego pojemnika w klatkowym śmietniku.

pół etatu

Chyba nie mogłabym pracować na pół etatu. Jeszcze się człowiek nie rozpędzi, a już musi kończyć.

Ostatnio miałam coś do załatwienia, a że szkoda było mi brać dzień wolny, to odebrałam godziny. Tak, mój korpo-przełożony pilnuje, żebyśmy zapisywali i odbierali nadgodziny. W lipcu odebrałam 2 dni, bo mi się uzbierało.

Wypisałam 4 godziny, bo planowałam dojechać do roboty na 12, ale uwinełam się szybciej i byłam na 11. No ale 4 godziny wypisane, więc wyszłam o 15. Dziwne uczucie. Tym bardziej, że normalnie o 16-tej, po 8 godzinach pracy, nie jestem w stanie się zebrać. Zawsze coś.

Byłam tak rozbita czasowo, że zapomniałam zjeść obiad. Z kawą też się nie ogarnęłam, nie wypiłam. Znaczy wypiłam w drodze do roboty, ale z drugą jakoś czasowo się nie mogłam wbić. Nie wspomnę już o tym, że robota się sama nie zrobi, więc następnego dnia musiałam się trochę spiąć.