kuba

– Skąd znasz Kubę?
– To Kuba zna mnie.

Po sekundzie zorientowałam się, że zabrzmiałam jak straszny ćwok, więc szybko wyjaśniłam, co miałam na myśli.

Pewnie już wspominałam, że mam słabą pamięć do twarzy. Do imion też. Chociaż słaba to niewłaściwe słowo, beznadziejna bardziej oddaje rzeczywistość.
Z Kubą to było tak, że po przeprowadzce do nowego budynku, po prostu na korytarzu mówił mi cześć, co słychać, kiedy się przeprowadziłaś? – jakbyśmy się znali od dawna. Rżnięcie głupa, że kogoś znam, mimo że go nie kojarzę, mam przećwiczone od lat, więc tak sobie gadaliśmy. Po jakimś czasie, przyszło nam nawet razem załatwić jakąś małą sprawę. Teraz już jakby Kubę znam, ale skąd Kuba zna mnie, pozostaje zagadką.

Advertisements

srebrna strzała

Pracowałam tylko w jednej korporacji, więc nie wiem jak to się odbywa gdzie indziej, ale u nas proces wymiany komputera zazwyczaj wygląda mniej więcej tak:
1. Trzeba w systemie złożyć wniosek o nowy sprzęt, który trzeba porządnie uzasadnić. Najlepsze uzasadnienie to czarny ekran lub niebieski ekran, ewentualnie informacja, że funkcja wyszukaj pionowo na 200 rekordach mieli dane przez 10 minut i tylko pod warunkiem, że wyszukujesz do 3 kolumny.
2. Trzeba mieć potwierdzenie IT, że jest dokładnie tak jak w punkcie pierwszym i nie ma szansy na poprawę.
3. Trzeba uzyskać zgodę szefa, a czasami jeszcze szefa swojego szefa.
4. Trzeba uzyskać zgodę osoby odpowiedzialnej za koszty w jednostce.
5. Trzeba wykonać 2 telefony, bo wniosek przechodzi jeszcze przez 2 inne jednostki, które nie wiadomo czym się zajmują, ale są na ścieżce akceptacji i trzeba ich poinformować, że czekamy, aż zaakceptują nasz wniosek.
6. Trzeba odczekać 2 tygodnie, bo IT realizuje zapotrzebowanie.
Na koniec procesu dostajemy powiadomienie, że nasz nowy sprzęt już na nas czeka, tylko że właściwie nie jest nowy, tylko po kimś, kto się właśnie zwolnił, ale i tak szybszy od tego co mieliśmy wcześniej.
Nie zostaje nam nic innego jak udać się do IT ze starym sprzętem w celu przegrania danych z dysku, które oczywiście mogą gdzieś w trakcie zginąć, ale dowiemy się o tym dopiero za miesiąc, jak będziemy potrzebować jakiś plik.

Nawet nie wiecie jak wielkie było moje zdziwienie, jak zadzwonił do mnie gość z service desku z informacją, że będę miała wymienionego laptopa. Ale jak to? Potwierdził tylko czy używam tego laptopa, który jest w ewidencji i że dadzą znać jak już będzie gotowy do odbioru. Ale jak to? Nowy? Nowy. Ale jak to? Przecież mój jeszcze żyje.

Nie minął tydzień i dostałam maila, że IT właśnie realizuje moje zgłoszenie o wymianę laptopa. Sami za mnie zgłoszenie złożyli! Nawet palcem nie kiwnęłam. Potwierdzili tylko jakie mam niestandardowe oprogramowanie, to oni mi je zainstalują i mogę przyjść na przegranie danych.
O, nie ze mną te numery. Oczywiście na dysku miałam całą masę różnych różności, mniej lub bardziej ważnych. Korzystając z okazji, usunęłam wszystko co już niepotrzebne, a zalegało od dłuższego czasu, a całą resztę przeniosłam na dysk sieciowy. Gość z IT śmiał się, że jestem chyba pierwszym użytkownikiem, który ma tylko 14 plików do przekopiowania. A to też przez przypadek, bo okazało się, że w Moich dokumentach zalegają jakieś pliki z 2012 roku, o których nawet nie wiedziałam.
Pilnowałam tylko, czy Outlooka mi dobrze przeniesie. Przecież tam jest milion mega ważnych maili. Archiwum całe ważne. I jeszcze dwie dodatkowe skrzynki, które obsługuję trzeba mi podpiąć. No udało się. Jak w Outlooku pojawiły się wszystkie dziwne katalogi, które sobie potworzyłam, to poczułam wewnętrzny spokój.
Spytałam przy okazji co to za cud, że dali mi nowy komputer. Okazało się, że mój był już po prosty strasznie stary. No fakt, ja go miałam o 2012 roku, a już wtedy był z odzysku. Ale tak sobie myślę, że może nie był już kompatybilny z oprogramowaniem do szpiegowania aktywności pracowników ;)

Oczywiście jeszcze 2 razy wracałam do IT, ale na szczęście miłe chłopaki tam pracują. Za pierwszym razem jak sobie przypomniałam, że muszą mi przegrać wszystkie ulubione zakładki w przeglądarce. Ja bez tych zakładek nie umiem funkcjonować, bo nie wiem co gdzie jest w naszym korpo intranecie.
Za drugim razem wróciłam jak się okazało, że przecież miałam na kompie zapisane makro excelowe, którego dość często używam, a oczywiście przy zmianie systemu się nie przeniosło. Mam nadzieję, że mój stary laptop poleży tam jeszcze z miesiąc, jakbym sobie coś przypomniała.

Tak więc po małych przejściach, ale serio małych, stałam się właścicielką nowego, cieniutkiego, leciutkiego, srebrnego notebooka, która śmiga jak zły. Moja srebrna strzała.
Jest tak szybki, że zaburza mi poranny rytuał. Włączam go i nie zdążę jeszcze wypakować żarcia z plecaka, a on już chce pierwsze hasło. Nie zdążę kawy wyjąć z szafki, a on chce już drugie hasło. Ledwo odejdę od biurka, żeby czajnik włączyć, a on już jest gotowy do pracy. A ja jeszcze nie gotowa, bo woda na kawę dopiero wstawiona ;)

dary

Ciasto dostałam. Nie to, że specjalnie ktoś mi kupił. Zostało z wczorajszych urodzin, a ja dzisiaj robiłam nadgodziny więc dostałam, bo jutro już się nie będzie nadawało. To są dary losu, które przyjmuję z wdzięcznością. W ogóle jedzenie zawsze przyjmę. No ale dziś tych nadgodzin nie przewidywałam i już się głodna robiłam. Takie małe szczęście.

Nadgodzin ogólnie nie lubię. Jestem fanką wychodzenia z roboty o 16-tej, ale czasem się nie udaje. Ostatnio całkiem często. Doktoryzuję się z jakiejś kontroli, którą muszę robić. A jak ja się już z czegoś doktoryzuję, to znajduję takie błędy, których nawet twórca procedury nie przewidział. Wczoraj siedziałam prawie 12 godzin, dzisiaj 11. Nie jestem przyzwyczajona do tak długiego siedzenia w robocie. W sensie organizm nie jest. Rano jest opór, a wieczorem intelektualna zawiecha. No i najgorsze, że dzień jakoś tak szybko się kończy.

ali

No nie wierzę! Właśnie dotarły metalowe słomki, które zamówiłam na AliExpress gdzieś w okolicach listopada. A już się pogodziłam z tym, że nigdy ich nie zobaczę.
Zrobiłyśmy z koleżanką nisko-wartościowe zamówienie na próbę (żadna nie miała wcześniej kontaktu z Ali), po rozmowie o tym, jak plastik zaśmieca oceany i szkoda nam tych biednych żółwi.

No, coś w ten deseń. Wersja pro, z wyciorkiem. Wzięłam fioletowe, ale może jednak tęczowe byłby lepszym wyborem.

słomki

 

paszport

W tym tygodniu wreszcie złożyłam wniosek o nowy paszport. Tylko miesiąc zajęło mi dotarcie do urzędu, za to jak już tam dotarłam, to załatwiłam sprawę w 5 minut. Byłam przygotowana ;) Co prawda 2 minuty po otwarciu urzędu miałam dopiero 8 numerek, ale chyba pani odesłała od okienka tych nieprzygotowanych, bo przy stoliku siedziała grupa 6 osób wypełniających wnioski. I dobrze, no bo co to jest, żeby wniosek dopiero przy okienku wypełniać i blokować kolejkę.
Mnie pani urzędniczka niczym nie zaskoczyła, miałam przygotowane wszystko: wypełniony wniosek, zdjęcie, potwierdzenie opłaty, aktualny paszport i dowód osobisty. Zostawiłam tylko jeszcze odciski palców i mogę odebrać nowy paszport za miesiąc. Swoją drogą, to moje odciski palców są już na 3 kontynentach.

W przyszłym miesiącu czeka mnie przeprawa z wnioskiem o wizę, i to już nie będzie 5 minut. Sam wniosek jest dużo bardziej rozbudowany, a dochodzi jeszcze umawianie się na spotkanie i rozmowa z konsulem.

ikea

Niech silna niestrawność w każdą niehandlową niedzielę spotka wszystkich pomysłodawców niehandlowych niedziel.

Do ikei jeżdżę rzadko, ale tam jest teraz strasznie w soboty. Zawsze było dużo ludzi, ale rozkładało się to na 2 dni, a teraz jest istny armagedon.
Przy okazji zaobserwowałam, że przed prawie każdym wlekącym się i tarasującym mi drogę facetem, wlecze się jakaś baba. Zasada prawostronnego ruchu powinna obowiązywać wszędzie, nie tylko na drodze. Lewa wolna dla szybszych, tych którzy nie przyszli sobie pozwiedzać. No ale po co? Środkiem jest super, wszystko wtedy lepiej widać. A najlepiej, to jeszcze stanąć na środku i zastanawiać się, co by się jeszcze przydało.

Normalne (spożywcze) zakupy w sobotę też mi są nie na rękę. I nie, nie chodzę do małych sklepików w niedzielę, jak to zakładali pomysłodawcy tej świetnej ustawy.

9

Przy biurku nr 8 siedziałam dwa dni. To już dawno nieaktualne, od 3 godzin. Mam już biurko nr 9, w innym miejscu i już wiem, że nie jest to moje docelowe miejsce. Meble na kółkach to mistrzostwo świata. Na kontenerek z szufladami pakuję monitor, telefon i kubek, i bardzo proszę, gotowa do pracy w nowym miejscu. Zbieram swoje zabawki i zmieniam piaskownicę.

Współpracownik jest zachwycony, bo ma miejsce pod oknem. Ja dostałam pierwsza propozycję tej miejscówki, ale wyszło mi, że nie warto, jak mam potem patrzeć na ten jego paskudny, pełen wewnętrznego bólu i poczucia niesprawiedliwości ryj. A wewnętrzny ból okazywałby na pewno i przemawiałby jeszcze takim uciemiężonym głosem. Głosem człowieka, który pogodził się już z niesprawiedliwym losem, ale jeszcze trochę o tym pogada, bo może nie wszyscy wiedzą jak mu źle. No tak, no tak…

I tak ledwo przeżyłam jak z poświęceniem podpinał kable swoje i szefa pod biurkiem. Bo to przecież trzeba postękać, żeby wszyscy dookoła wiedzieli jak ma ciężko i jaką trudną robotę robi. Musiał wpiąć 4 wtyczki i 2 kable sieciowe. Jeszcze ochoczo wołał żebym zrzuciła kable, to moje też podepnie. Zawsze tak mu się na współpracę zbiera, jak szef jest w biurze. Podziękowam i sama sobie podpięłam. W ciszy.

syf

No kurwa, wypierdoliłam się pod luxmedem. Opierdoliłam ich, żeby odśnieżyli ten syf spod wejścia, bo trochę głupio będzie jak im się ktoś pod drzwiami połamie. Nic mi się nie stało, bo wyjątkowo miękko wylądowałam, ale do roboty mokra jadę. Poniedziałek, kurwa.

prezenty

Nie lubię dostawać prezentów. Wiem, brzmi nieprawdziwie i w ogóle jakoś dziwnie. Przecież każdy lubi dostawać prezenty! No, nie każdy. Urodzin i imienin nie obchodzę.
Moje świąteczne, które dostałam ponad miesiąc temu, stoją na półce spakowane do jednej prezentowej torebki. Włącznie z tym, który sama sobie kupiłam, więc nie można powiedzieć, że nietrafiony. Czekoladę tylko zjadłam, bo miałam potrzebę. Taka moja radość z prezentów. O ja niewdzięczna.

Od przyszłego tygodnia zaczynam wielkie porządki, więc może prezenty z torebki przewędrują na jakieś docelowe miejsce. Może nawet dziś popołudniu się zabiorę.

przeprowadzka

Przesiadam się w robocie. Żadna to dla mnie nowość, bo przez prawie 2 lata od kiedy przenieśli mnie do tego budynku, siedziałam już przy 7 biurkach na 4 różnych piętrach. To będzie ósme, co daje średnią przesiadkową raz na kwartał.

Zmiana miejscówki nie wywołuje u mnie specjalnych emocji, czego nie mogę powiedzieć o moim współpracowniku. Już był foch i zapowiedź “ja nie będę tam siedział”. Jutro go nie będzie, więc przeprowadzka spada na mnie, ale postanowił, żeby jego rzeczy nie przenosić, bo on już znalazł inne miejsce gdzie się przeprowadzi. Nie nalegałam na zmianę zdania, bo wisi mi to. Nie mogę doczekać się poniedziałku, kiedy w robocie będzie szef, który po prostu powie jak mamy siedzieć. Jak małym dzieciom. Najbardziej mi zależy, żeby całą operację przeprowadzić szybko i żeby sieć była dostępna na nowym miejscu, bo mam dużo roboty.

Oba nasze miejsca są “najgorsze” w pokoju, bo przy drzwiach, ale jego bardziej ;) Znaczy niby ja też tam mogłabym wylądować, ale na ochotnika zgłaszać się nie będę. On wie, że nie może mi kazać tam usiąść, a męska duma, czy co tam ma, nie pozwala mu poprosić.
Mogłabym zaproponować, że tam usiądę, bo jest mi wszystko jedno gdzie siedzę, ale dla zasady tego nie zrobię, bo dziada 2 dni w biurze nie ma w ogóle, a w pozostałe dni siedzi przy biurku max pół dnia, a zazwyczaj jeszcze mniej. Za to o miejscówkę walczy, jakby tam spędzał co najmniej 10 godzin dziennie. Przy każdej przeprowadzce próbował wywalczyć miejsce przy oknie i przy każdej lądował przy przejściu :D No nie zgadniecie kto robił przeprowadzki i przepychał meble i krzesła ;) Jestem jedyną osobą z zespołu, która jest w biurze 5 dni w tygodniu i jakoś zawsze tak się trafia, że przenosimy się jak jestem sama. Nigdy też nie siedziałam przy oknie. Nie jest to moja fantazja, o którą będę walczyć jak pojebana, aż do poziomu osobistej urazy.