grabię sobie

Mój szef wrócił po tygodniowej nieobecności, ale los chciał, że jak wszedł to rozmawiałam przez telefon, potem poszedł na spotkanie, potem ja poszłam na spotkanie i w sumie udało nam się jakiś pierwszy kontakt złapać koło 13-tej.

Na czas swojej nieobecności powrzucał mi jakieś tematy do zrobienia, ja też mu powysyłałam jakieś maile i w sumie powinniśmy to omówić. Jak już udało nam się zobaczyć między spotkaniami, powiedział, że przeprasza, że nie może mi poświęcić dzisiaj czasu i pozadawać pytań, ale na te spotkania musi latać.
A co na to ja, najbardziej taktowny pracownik na piętrze? – Nie szkodzi, i tak nie mam czasu ci na te pytania odpowiadać.

2 tygodnie temu jak dawał mi jakieś zadanie wyskoczyłam jeszcze lepiej.
– Przygotuj propozycję wskaźnika X.
– Ale ja nigdy nie pracowałam w tym zakresie i nie wiem jak to zrobić.
– No tak, ale co o tym myślisz?
– Nic nie myślę, nie znam się na tym.

Koleżanka z zespołu spytała potem czy ja właśnie powiedziałam szefowi, że nic na ten temat nie myślę i odmówiłam wykonania zadania. Technicznie rzecz biorąc, nie odmówiłam.
Jestem fanem prawdomówności. Nie żeby mówić wszystko co się myśli, ale jednak prawdomówności. No bo jaki jest sens udawać, że się na czymś znam, jak się nie znam. Przecież i tak się zorientują, że czegoś nie kumam. Lepiej od razu powiedzieć, niż jakby się miało okazać na tydzień przed deadlinem, że całe zadanie jest spieprzone i straciliśmy 3 tygodnie.
Oczywiście zawsze można się dowiedzieć, douczyć i zasięgnąć opinii ludzi, którzy się znają (i zazwyczaj tak robię), ale mój szef jest niesamowicie ambitny i nawrzucał mi różnych nowych zadań, więc nie mam czasu na douczanie się. Co więcej, chyba właśnie doszłam do momentu kiedy zaczyna mi się ulewać ten nadmiar ambitnych zadań.

Advertisements

siostra

Brat ma wykształcenie związane z fizykoterapią i pracuje nawet w zawodzie, i przed Gwiazdką 2016 namówił mnie na zrobienie sobie wkładek do butów. Namówił, czyli powiedział że w ramach świątecznego prezentu zapisze mnie na wizytę do swojego kumpla z którym pracuje i który robi wkładki. Dla mnie bomba.
Pod koniec stycznia 2017 wkładki sobie w końcu zrobiłam i przez jakiś miesiąc, góra dwa miałam się do nich przyzwyczaić, a potem miał być do nich jeszcze jeden element dodany.
No i pochodziłam trochę w tych wkładkach, potem przyszła wiosna i przerzuciłam się na japonki, potem miałam uszkodzona stopę, potem jeszcze trochę więcej uszkodzonej stopy, potem koło listopada znowu zaczęłam nosić wkładki, a gdzieś na początku grudnia brat się mnie spytał czy je dokończyłam. Oczywiście, że nie dokończyłam.
W ramach prezentu świątecznego 2017 postanowił zapisać mnie na dokończenie wkładek do tego samego kumpla.
Udało mi się w końcu zapisać na połowę lutego. Musiałam mieć ponowne badanie kopytek, ale był problem ze znalezieniem moich poprzednich badań. W końcu znaleźli po dacie poprzedniej wizyty. Okazało się, że moja kartoteka nazywa się “siostra Krzycha”.

dzwoneczki

Oglądałam właśnie jakiś vlog podróżniczy z Indii i usłyszałam takie charakterystyczne dzwoneczki. Jestem pewna, że takie dzwoneczki słyszałam w jakiejś piosence i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć w jakiej. Teraz będzie mnie to męczyło. Jak sobie nie przypomnę jaka to piosenka, to pewnie kilka dni będzie to za mną chodziło.

dango, podejścia 2-5

Wczoraj zrobiłam podejście do mitarashi dango nr 2, 3, 4 i 5 za jednym zamachem, bo nie mam ani czasu, ani ochoty siedzieć w kuchni tyle razy. Szukałam przepisu w internetach i z około dziesięciu, które przeczytałam, żadne dwa nie były takie same. Wybrałam więc 4, proporcjonalnie zmniejszyłam ilość składników i gotowałam na 4 gary. Wygrały te z czarnym znacznikiem, ale największy sukces to jednak to, że wszystkie nadawały się do jedzenia, bo próba nr 1 groziła zatruciem.

Po pierwszej próbie doczytałam się, że przyczyną porażki była niewłaściwa mąka (główną przyczyną, nie mówię, że jedyną) i od tamtej pory szukałam właściwej, kleistej mąki ryżowej. Jak widać niezbyt aktywnie szukałam, bo od października 2016. W piątek przez przypadek natknęłam się na właściwy produkt, więc mimo ceny wzięłam. 7 zeta za 400 g mąki to zdecydowanie za drogo, ale raz na jakiś czas pozwalam sobie na taką rozrzutność ;)

Cztery przepisy oznaczyłam kolorami i zrobiłam po 4 kuleczki. Były to różne warianty łączenia mąki ryżowej kleistej i mąki ryżowej (zwykłej) i innych składników.
Trochę było z tym chrzanienia się, bo musiałam 4 razy ugniatać ciasto i pooznaczać garnki, a potem miseczki z zimną wodą do schłodzenia w których lądowały kulki, żeby wiedzieć które są które.

Czerwony: 1:1 mąka zwykła do kleistej + woda + cukier
Niebieski: 2:1 mąka zwykła do kleistej + woda + skrobia kukurydziana
Zielony: 1:1 mąka kleista do tofu + cukier (dodałam wody bo słabo się ciasto łączyło)
Czarny: mąka kleista + woda  <– zwycięzca

dango 2-5 1

Czarne swoją konsystencją i kleistością najbardziej przypominały te, które jadłam w Japonii, ale były chyba troszkę za bardzo kleiste.
Zielone z tofu miały najwięcej smaku, ale były za miękkie i miały dziwną, trochę grudowatą teksturę.
Niebieskie były za twarde.
Czerwone zajęły pewne, drugie miejsce, były tylko minimalnie za mało kleiste, za to cukier dodał im trochę smaku.

Same dango nie mają jakiegoś specjalnego smaku, bo jaki smak może mieć połączenie mąki i wody :) Smaku nadaje im sos mitarashi, który robi się z wody, sosu sojowego, cukru i skrobi kukurydzianej.

Czarny przepis był bardzo łatwy: 1 szklanka mąki ryżowej kleistej, 1/3 szklanki wody. Dodałam trochę więcej wody, bo ciastko nie chciało się dobrze skleić.

Jak będę robiła następnym razem zrobię jeszcze trochę inaczej. Prawdopodobnie spróbuję w proporcji 2:1 lub 3:1 mąki kleistej do ryżowej zwykłej i z odrobiną cukru.

wniosek

Ostatnio balowałam do 4 rano. Pisząc, że balowałam, mam na myśli, że o 4 rano zeszłam z parkietu. Biorąc pod uwagę, że na parkiet weszłam mniej więcej po drugim piwie, czyli gdzieś przed 23, to daje 5 godzin konkretnego wysiłku fizycznego.
Niestety 4 godziny snu nie wystarczyły do regeneracji i na drugi dzień nie dość że byłam śpiąca, to jeszcze jakaś obolała. I chyba strasznie ryja darłam, bo brzmiałam jakbym chlała od tygodnia. W sumie to 2 dni byłam taka otępiała.

Pierwsza myśl jak mnie nawiedziła, to taka, że chyba już jestem za stara na takie atrakcje. Tylko że to nieprawda, nie jestem na nic za stara. Po prostu wyszłam z wprawy. Za rzadko imprezuję. Zagadka 2-dniowego muła rozwiązana. Jedyny słuszny wniosek: muszę częściej imprezować.

witamy

Moi znajomi już się przyzwyczaili, że przez większość czasu żyję offline. W moim przypadku polega to na tym, że dostęp do internetu jako takiego mam tylko w domu, czyli w dni powszednie zazwyczaj po 18. Skutek tego jest taki, że pilne wiadomości należy mi przesyłać smsem, a nie przez fb, bo nie mam messengera.
Kilka razy odpowiadałam na pytanie “dlaczego?”, która to odpowiedź brzmiała dość treściwie “bo nie potrzebuję”. Prawie za każdym razem słyszałam, że tak mi się tylko wydaje, bo nie mam, ale jakbym miała dostęp do neta w komórce, to by się okazało, że na pewno potrzebuję.

Jakieś 2 miesiące temu zmieniłam abonament i przy okazji dorzuciłam sobie limit internetowy. Nadal żyłam offline, z netu skorzystałam pewnie ze 4 razy sprawdzając połączenia autobusowe i kolejowe, a messengera celowo nie instalowałam. Do wczoraj.

Koleżanka czasowo przesunięta o 8 godzin załatwia coś dla mnie i potrzebuje ode mnie czasami informacji zwrotnej. Nie chciałam żeby zbyt długo czekała na odpowiedź, więc zainstalowałam messengera. Ta durna aplikacja wysłała do wszystkich posiadających messengera informację, że właśnie dołączyłam do grupy szczęśliwych użytkowników, sugerując, żeby mi na przywitanie wirtualnie pomachali. No to mi machali… Ja pierdole. Pożałowałam instalacji messengera w ciągu 2 godzin. Po 4 godzinach zainstalowałam LINE, który ma tę zaletę, że znajoma z którą potrzebuję być w kontakcie go posiada, a reszta znajomych nawet jeśli posiada, musi mnie wyszukać, bo z automatu nie są informowani, że ja też mam. Facebook został odinstalowany, a messenger ustawiony w trybie wyłączania danych w tle, czyli jeśli nie jestem podpięta pod wi-fi, to nie działa, czyli poza domem nadal jestem offline. No dobra, offline z możliwością zmiany na online ;)

Jedynym pozytywnym aspektem całej tej mesendżeryzacji była wiadomość od znajomego emeryta z UK Hi there welcome to the 21st century. lol.“.

wedel

Dzisiaj usłyszałam, że Bieg Wedla, to tradycja. Nie moja. W zeszłym roku nie biegłam, 2 lata temu owszem. Dodatkiem do biegu, który odbywa się w styczniu powinna być piękna biała sceneria. Śnieg i te sprawy. Dziś było jakieś 6°C, więc dodatkiem była chlapa i lód, który nie zdążył się roztopić. Lód pokrywał ok 2/3 alejki parkowej którą biegliśmy, więc większość osób potraktowało to jako miłą przebieżkę i grzecznie biegli jeden za drugim. Dla bezpieczeństwa ustawiłam się na końcu stawki, co będę się ludziom pod nogami pętać.
Dodatkiem, który ma miejsce niezależnie od pogody są słodycze od Wedla. W tym roku wyjątkowo na bogato dali 4 czekolady, za to dali ciała, bo jak przybiegłam na metę to zabrakło już gorącej czekolady. Na szczęście była grochówka :) Grochówka na takich zimowych biegach to zawsze jest mistrzostwo świata.

Niestety nie wylosowałam dużego torcika wedlowskiego. Znowu. To akurat jest tradycja. Mój numer jest nielosowalny.

Jedną czekoladę już opierdzieliłam, dobrałam się do niej w drodze do domu. Okazało się, że karmelowy to nie jest mój ulubiony smak. Nie przeszkodziło mi to oczywiście w zjedzeniu całej czekolady. Chociaż nie wiem czy to się w ogóle powinno nazywać czekoladą, skoro nie ma w składzie masy kakaowej, a cukier jest na pierwszym miejscu w składzie. Może cukier o smaku karmelu?

Skład wygląda tak: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, proszek karmelowy 10% (mleko odtłuszczone, serwatka (z mleka), cukier, masło, aromat), serwatka w proszku (z mleka), emulgatory (lecytyna sojowa, E476), aromat, sól.

Zaczynam żałować, że przeczytałam ten skład.

podniosłam sobie poziom

Postanowiłam ulepszyć swoje pracownicze życie przez zaprzestanie spożycia zimnej kawy/herbaty. Nie to że jakaś zalatana na zakładzie jestem, nic z tych rzeczy. Większość czasu siedzę na dupie przy biurku, tylko zawsze jakoś zapominam, że zrobiłam sobie coś gorącego do picia. Kiedyś miałam kubek termiczny, ale przy przeprowadzce z biura do biura (prawie rok temu), wszystkie rzeczy przemieszczałam przez dom i kubek został w domu. Nie przez przypadek. Po pierwsze, z jakiegoś powodu uznałam, że nowe biuro jest niegodne mojego pięknego termo-kubka z Japonii. Po drugie, uznałam, że idę w nieznane do dziwnych, obcych ludzi i nie zamierzam się z nimi dzielić życiem prywatnym, a kubek z wymalowaną Japonią jest pretekstem do zadawania pytań, na które nie chciałam odpowiadać.

Nadal uważam, że moje biuro jest niegodne żeby kubek z Japonii tam przebywał, ale znalazłam inny kubek z “darów”, czytaj z giftów dla klientów, które nie mogły być już wydane po rebrandingu*, więc zgodnie z zaleceniem władz zostały zutylizowane, czytaj: rozdane pracownikom. A tak konkretnie, pracownicy sami je sobie rozdali ;) Utylizacja zakończona sukcesem!
Na ten kubek zasługuje moje biuro, ale głównie ja, bo dzięki temu, nawet jak sobie przypomnę o herbie po godzinie, to nadal jest ciepła. Yeeey!

Muszę przyznać, że poziom pracowniczego życia znacznie mi się podniósł.

 

* Zwykła zmiana logo, ale przecież wielkie światowe korporacje nie zmieniają logo, tylko przeprowadzają rebranding ;)