zajebistość

Umyłam rano głowę, wysuszyłam i okazało się, że fryzura mi się zajebiście ułożyła. Potem moją standardową ciuchową czerń przełamałam trochę szarością. Szarością w paski. Paski są zajebiste. Ja też wyglądałam zajebiście. W drodze do roboty puściłam sobie pozytywną muzę, która wbiła mnie w zajebisty humor. W takim stanie dotarłam do roboty i tak już trochę z rozpędu cały dzień byłam zajebista. Taki to był dzień!

Advertisements

błysk

Odebrałam rower z przeglądu. Przegląd to jedno, ale jak oni go umyli! No nigdy za mojej kadencji nie był taki czysty, nawet po wizycie na myjni. Za mojej kadencji, bo rower kupiłam od kumpla i odebrałam go prosto po jakichś leśno-błotnych zawodach, więc był okrutnie uwalony błotem.

Przy okazji pan powiedział, że nasmarował manetkę, bo był z nią problem. Owszem był, raz prawie sobie kciuka wybiłam jak zmieniałam przerzutki, tak ciężko chodziło. Ostatnio myślałam że ją złamałam albo że mi odpadła, bo wrzuciłam niższy bieg i mi ten wihajster gdzieś zniknął, a on się po prostu zablokował i nie wrócił na swoje miejsce. No i szprychę mi wstawili, bo chyba gdzieś jedną zgubiłam.

Ogólnie powinien teraz śmigać ten rower i już nie chrobotać. Podobno mam 3 miesiące gwarancji po przeglądzie jakby mi się przerzutki rozregulowały, ale czy ja się w ogóle jestem w stanie zorientować, że coś mi się rozregulowało? No way.

No i jak zwykle usłyszałam, że strasznie ciężki jest. To akurat wiem. I jeszcze go bagażnikiem i koszykiem dociążyłam. Dobrze, że pan był tak miły i nie skomentował faktu, że jest dla mnie za wysoki :) Ten rower w sensie.

open space

Sezon klima kontra okno uważam za otwarty.

Dzisiaj akurat nie było duchoty na dworze i spokojnie można było się wietrzyć, ale po co, skoro można rozkręcić klimę na full i zamrozić współpracowników.

słońce

Porowerowe obserwacje.
– Ryj sobie spiekłam.
– Czyli jak nie patrzyłam jechałaś jak ta laska z japą w górze?

Rzeczywiście, jak jechałyśmy to mijała nas panna, która ewidentnie wyszła na rower się poopalać – głowa do góry w stronę słońca, dekolt odsłonięty.
Ja głowy do słońca nie odwracałam, ale jak zwykle zapomniałam, że się ze słońcem nie lubimy za specjalnie. Teraz będę miała przez kilka dni czerwoną gębę, a potem wrócę do białego , bo mam tylko dwa odcienie: biały i czerwony. Patriotycznie.

W tym sezonie chyba chcę więcej jeździć na rowerze. Jak już będzie po przeglądzie, to mogę śmigać. Może do roboty bym jeździła? W zeszłym roku trochę jeździłam, ale jakoś szybko zrezygnowałam. Zobaczy się.

otwarcie sezonu

Jeszcze nie grillowego, na razie rowerowego.

Moje otwarcie sezonu jest zawsze takie samo: prowadzę sflaczały po zimie rower na stację benzynową, pompuję koła i jadę na myjnię, bo przecież nie będę go ręcznie czyścić.
Dzisiaj wyszło mi, że zanim pójdę 1,5 km na stację, zajrzę do osiedlowego sklepu rowerowego, który mam jakieś 300 metrów od domu. Miła obsługa napompowała mi tam koła, dzięki czemu oszczędziłam spacer i szarpanie się z maszynerią na stacji.
Przy okazji spytałam ile kosztuje u nich podstawowy przegląd, bo w zeszłym roku nie robiłam, to w tym by już wypadało. Kosztuje standardowo i podczas rozmowy padły magiczne słowa, że jest z myciem. Czyli na myjnię też już nie muszę jechać.

No ale jednak pojechałam, bo po pierwsze, co to za otwarcie sezonu jak się tylko przeprowadziło rower 300 metrów, a po drugie rower oddaję do przeglądu w poniedziałek, a jutro jedziemy na wycieczkę ze znajomymi, więc dobrze byłoby go chociaż z kurzu opłukać.
W zasadzie to się tylko przejechałam w ramach otwarcia sezonu, bo okazało się, że myjnię mi zaorali. Dosłownie, został kawał zaoranej ziemi. To tyle jeśli chodzi o tradycję. A jutro jadę na usyfionym rowerze.

muza

Nie lubię ciszy, lubię jak mi coś brzęczy w tle. Często nawet specjalnie nie zwracam uwagi na to co brzęczy, byle by nie rozpraszało. Muzykę na przenośnym samograju zmieniam lub dodaję nie częściej niż raz na rok. Rzadko, ale jakoś nie potrzebuję częściej.
Może nie tyle, że nie potrzebuję, co zmiana muzy jest dość kłopotliwa. Mam iPod Touch’a sprzed 10 lat, jeszcze pierwszej generacji. Nie jestem fanem Apple’a, ale jako przerośnięta mp3-ka sprawdza się zajebiście. Bateria trzyma spokojnie ponad tydzień i jeśli tylko pliki są dobrze opisane, to wszystko ma genialnie poukładane. Serio, serio.
Wada jest taka, że przygotowanie i wgranie 15 utworów zajmuje mi godzinę.
O ile uwielbiam swojego iPoda jako mp3, kalkulator i kalendarz, to mój stosunek do iTunes jest dość chłodny. Bardzo chłodny. To cholerstwo najpierw się synchronizuje, potem archiwizuje, a potem znowu synchronizuje. Dopiero po 20 minutach mogę wgrywać utwory, ale nie za dużo na raz, bo się zawiesza. I znowu synchronizacja. I tak kilka razy. Nigdy nie wiem na którym etapie się zawiesi albo wywróci.
Jest taki zamulony pewnie dlatego, że mam bardzo stare wersje programów, ale to siła wyższa. Jak spalił mi się komp w 2014 roku to straciłam zainstalowanego iTunes’a, chyba z 2010 roku. Okazało się, że ściągnięta nowsza wersja nie widzi starej wersji iPoda i przez to nie mam jak jej zaktualizować. Dla odmiany stara wersja programu nie pozwoliła mi wgrać nowego oprogramowania na sprzęt. Jakieś 8 godzin walczyłam żeby znaleźć iTunes’a, który będzie widział sprzęt. Przetestowałam wiele różnych kombinacji. W międzyczasie iPod wystrzelił się w kosmos i wrócił do ustawień startowych z 2008 roku.
Po wielu godzinach udało mi się znaleźć jakąś starą wersję iTunes’a, która widzi iPoda i na tym się zatrzymałam. Tyle że teraz muzę zmieniam raz na rok, żeby nie walczyć z tym cholerstwem, ale jak już zasiądę, to 3 godziny z życia wyjęte.

koteł

Święta świętami, ale jest sobota, jest parkrun. Spotkałam się rano z biegającymi znajomymi, a potem rozjechaliśmy się do naszych świątecznych obowiązków. Po biegu pojechałam bezpośrednio do rodziców, żeby zaoszczędzić na czasie. Ja obowiązki mam tylko dwa: kroję sałatkę jarzynową oraz jako najmłodszy członek rodziny popylam z koszyczkiem. Jak dojechałam do rodziców, koszyczek już na mnie czekał, więc z marszu udałam się do kościoła w moich eleganckich biegowych rajtach.
Całe szczęście, że święcenie jajek trwa krótko, bo ludzie mogliby nie docenić mojego zapału do biegania z rana. Docenił go za to koteł, który rozłożył się na moich biegowych śmierdzących ciuchach. Zostawiłam je na łóżku, bo nie chciałam mokrych chować do plecaka, a ten sobie drzemkę na nich uciął. Nie wiem co z tym kotem jest nie tak, ale butami też się narkotyzuje.

20180331_132706

post

Ja rozumiem, że Wielki Piątek i post, ale kurwa czy to jest powód, żeby wszyscy wpierdalali ryby? Oczywiście po wcześniejszym podgrzaniu ich w mikrofali. Naleśniki z serem albo makaron z pesto są tak samo postne, a nie wali potem w kuchni przez godzinę. Ciekawe ilu z tych poszczących pójdzie dzisiaj na Drogę Krzyżową.

0 czy O

Właśnie oglądałam jakiś anglojęzyczny filmik o typach krwi i już na samym początku padła informacja, że są 4 grupy: A, B, AB i O (jak Ola). Od razu przeszłam do komentarzy, żeby zobaczyć ile osób napisało, że u nich w kraju nie ma O tylko 0 (zero). No i okazało się, że nikt, a komentarze pochodzą z różnych krajów. Wzbudziło to moją podejrzliwość. Czyżbym całe życie źle nazywała grupę krwi?
Po sprawdzeniu w kilku miejscach okazało się, że 0 jest charakterystyczne dla środkowej Europy (możliwe, że dla reszty Europy też, aż tak dokładnie nie szukałam).

Z medycznego/biologicznego punktu widzenia 0 ma sens, bo oznacza brak antygenów na powierzchni komórki. W każdym razie dobrze wiedzieć, że reszta świata nazywa tę grupę krwi O. Chociaż dla mnie to akurat bez różnicy, bo mam grupę A.
Nawet wyrobiłam sobie Krew Kartę, która zawiera tę informację i którą zabierałam ze sobą jak wychodziłam pobiegać rano. Nazwijcie mnie paranoiczką, ale uważam, że złe rzeczy przytrafiają się ludziom z zaskoczenia i nigdy nie wiadomo kiedy trafi mnie szlag albo samochód. Na takiej karcie jest imię i nazwisko, pesel i grupa krwi, czyli w zasadzie wszystkie najważniejsze informacje, jakbym miała wypadek. Nie mam pewności czy komuś chciałoby się tej karty szukać jakbym miała wypadek, ale to już inna kwestia.

rozkmina

Dziś miałam rozkminę w autobusie. Normalnie ludzie mają różne dziwne myśli pod prysznicem, ale ja nie mam prysznica jako takiego. Mam tylko wannę, a wanna się nie nadaje bo usypia.
No więc jak jechałam autobusem to przypomniało mi się, że dzisiaj moje płuca wypchnęły poza organizm jakieś paskudztwo. Oczywiście wiem, że odrywający się kaszel jest lepszy od suchego i właśnie po to się bierze syropy wykrztuszające. I tu pojawiło się pytanie: skąd syrop wykrztuszający wie, że ma uruchomić płuca tak a nie inaczej. W sensie, przecież spływa do żołądka tak jak reszta płynów.
Oczywiście po zapytaniu google “jak działa syrop wykrztuśny” dostałam odpowiedź, że działa tak, że powoduje wykrztuszanie. Dzięki google, ale nie o to mi chodziło.
No skąd organizm wie, że to co mu wpłynęło do żołądka ma nawilżyć płuca i pomóc w wykrztuszaniu tego syfu, który zalega w płucach? Dobranoc.