zielone

Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie. Ktoś mi kwiatki w robocie podlewa :)
Dostałam w spadku po innym pracowniku 2 kwiatki, które wymagają dużo wody, 2 razy w tygodniu. Oczywiście nie dostają tyle ile potrzebują, więc średnio co 2 tygodnie jest reanimacja. Na szczęście to typ kwiatka o charakterze mleczyka*, więc rano leżą oklapnięte na szafce, a po zalaniu wodą, po 3 godzinach dumnie się prężą.

Dobry uczynek odkryłam przez przypadek, jak po którymś weekendzie przypomniało mi się, że kwiatków cały zeszły tydzień nie podlewałam, a one nadal żyły. Doszłam do wniosku, że skoro ktoś o nie tak dobrze dba, to nie będę przeszkadzać, bo jeszcze je utopię.

Inny może by się zdenerwował, że mu się w opiekę nad roślinkami wpieprzają, ale ja nie z tych. Opiekę nad żywymi elementami otoczenia bardzo chętnie oddaję w ręce osób, które się na tym znają. W tym układzie są sami wygrani: ja mam roślinki, ktoś ma dobry uczynek na koncie, roślinki mają szansę na przeżycie.

* mleczyk:

mleczyk

Advertisements

nic się nie dzieje

Akurat jak postanowiłam ograniczyć kontakt z jedną znajomą, bo wyszło mi, że jest dla mnie lekko toksyczna, to ta zaczęła do mnie raz na jakiś dzwonić. I to żeby jeszcze jakiś interes miała. Nie, dzwoni, zadaje jedno pytanie, a potem opowiada co u niej. Przez 40 minut… Nie lubię gadać przez telefon, a jeszcze bardziej nie lubię gadać przez telefon o niczym konkretnym. Jakie to jest męczące. O pierdołach możemy sobie przy kawie porozmawiać.

Z dobrych wiadomości, dostałam wizę. Nawet nie chodzi o to, że może kiedyś trafi mi się okazja polecieć do USA i będę miała już wizę, ale bardziej o to, że nie zapłaciłam 624 zeta za negatywne rozpatrzenie wniosku ;) Droga impreza. Jak w najbliższym czasie zniosą wizy (ha ha ha), to będę miała w tym swój udział poprzez zmniejszenie procenta odmów.
Rozmowa w ambasadzie trwała 2 minuty i była bardzo miła. Paszport z wizą mogłam odebrać po 3 dniach. Co prawda na końcu świata (godzinę jazdy tramwajem spod domu), no ale wolałam osobiście, niż kurierem. Kurierzy to nie jest grupa zawodowa, którą darzę zaufaniem.

Podsumowując, nic się nie dzieje. I dobrze. Lubię spokój.

89

Tyle mam par skarpetek. Nie licząc zimowych, biegowych i stópek. 89! Jestem nienormalna. Muszę z tym zrobić porządek. Ze skarpetkami, z byciem nienormalną już raczej nie wygram.

Nie to, że mnie coś tknęło przy niedzieli, żeby skarpetki liczyć. Szukałam czegoś w szafie i przekopałam się przez nią, jak pies na działce tropiący kreta. No i część wypadła, więc wyjęłam wszystko, żeby to jakoś ogarnąć. Ile ja tego mam? Pytanie było retoryczne, ale po 3 sekundach stwierdziłam, że jednak sprawdzę ile. Teraz będę przymierzać 90 par, żeby zobaczyć, które są porozciągane i można je wywalić. Dlaczego nie robię tego na bieżąco?

Życzę Wam, żebyście mieli tylko takie problemy, jak ja przy niedzieli ;)

 

*edit*
Wywaliłam 26 par, czyli nadal mam za dużo.

umówione

Ponad 2 godziny zajęło mi wypełnianie wniosku o wizę… zmęczyłam się. Spodziewałam się, że tak będzie i pewnie dlatego tak długo to odwlekałam. No ale udało się, mam umówioną wizytę. Nie to, że ten wniosek jest jakoś specjalnie skomplikowany, albo pytania jakieś trudne, ale przeklikanie tego i potem jeszcze sprawdzenie po prostu tyle trwa. Człowiek chce mieć pewność, że dobrze zrozumiał pytania, bo wszystkie są w języku language i przez przypadek nie zaznaczy jakiejś głupoty np. że zlecił kiedyś ludobójstwo, albo że jest członkiem organizacji terrorystycznej.

Okazało się, że nie muszę umawiać się na wizytę, bo spełniam warunki do wydania wizy bez rozmowy, ale wyszło mi, że wolę iść pogadać z konsulem niż użerać się z kurierem i przekazać mu swój cenny, nowy paszport. Kurierzy to nie jest moja ulubiona grupa zawodowa, wolę paczkomaty ;) A tak zupełnie poważnie, to nie jestem na 100% pewna czy wszystkie 10 paluchów miałam zeskanowane*, a zaznaczyłam, że miałam, więc jakby się okazało, że jednak muszą mnie zeskanować, to wolę to załatwić na miejscu niż potem wyjaśniać, pisać i nie wiadomo co jeszcze.

 

* poprzednią wizę miałam wydawaną ponad 10 lat temu i w międzyczasie moje palce były skanowane już wielokrotnie i zwyczajnie nie pamiętam czy akurat w konsulacie były wszystkie.

decyzyjność

Od poniedziałku zaczynam w nowym zespole. Niby spoko, a jednak czuję jakiś taki lekki niepokój. To dlatego, że nie lubię zmian. Tak już mam. Musze się trochę pomartwić, inaczej nie byłabym sobą. Niby nie ma powodów. Powinnam się już przyzwyczaić. Oczywiście, mniej mnie to rusza niż 6 lat temu, ale jednak nie lubię takich atrakcji. Teoretycznie, na różnych zmianach, które na mnie same spadały, zawsze wychodziłam dobrze. Dużo lepiej niż na tych, na które miałam wpływ. Dziecko szczęścia. To sprawiło, że pozwalam losowi decydować. Tak, inni ludzie o mnie decydują. Przynajmniej jeśli chodzi o życie zawodowe. Moją ścieżką kariery kieruje przypadek, ja po prostu zawsze staram się pracować najlepiej jak potrafię i dobrze na tym wychodzę ;)

W życiu prywatnym jest na odwrót, nie pozwalam ingerować innym w swoje decyzje. Brzmi dumnie, ale moje decyzje ostatnio dotyczą głównie tego, co będę jadła i gdzie pojadę na wakacje :D
Co by nie mówił, nie lubię jak mi się ktoś miesza w prywatne życie, w szczególności jak chodzi o jakieś pierdoły. Ludzie tak bardzo lubią wypowiadać swoją opinię na tematy, które ich w ogóle nie dotyczą. Od jakiegoś czasu staram się kontrolować swoje wypowiedzi. Nawet wśród bliższych znajomych. Nie jestem święta, zdarza mi się pomyśleć, że ja bym tak nie zrobiła itp. Zawsze jak się łapię na takiej myśli, zadaję sobie pytanie “jaki to ma wpływ na moje życie?”. No bo jaki wpływ na moje życie ma fakt, że ktoś przefarbował sobie włosy na różowo albo że przeszedł na weganizm? Żaden. Jak żaden, to po co się wpieprzać? Ktoś tak zdecydował i tak zrobił, to jest jego/jej życie i moja opinia jest nieistotna, więc po co bez sensu kłapać dziobem? Podważanie czyjejś decyzji zazwyczaj nie sprawia, że tej osobie poprawia się humor. Jeśli nikomu nie dzieje się krzywda, trzeba zaakceptować i życie toczy się dalej.

Miłej majówki :)

jednak urlop

Biorąc pod uwagę zmieniającą się sytuację w robocie (właśnie zmieniam zespół) i to, że mam kilka zaległych dni z zeszłego roku, wzięłam wolne na całą majówkę. Taką zupełnie całą, z kawałkiem kwietnia. Popełniłam niestety straszny błąd, zapomniałam zostawić telefon służbowy w robocie. Zanim wstałam z wyra, miałam już 4 nieodebrane telefony. Oczywiście oddzwoniłam. Nie musicie mi mówić, że jestem durna, mam świadomość. A potem jeszcze służbowe maile sprawdziłam i z czystej litości na 2 nawet zareagowałam.
Po urlopie przenoszę się do nowego zespołu. Na szczęście większość z tych ludzi znam, z niektórymi już nawet pracowałam w innym zespole, a co najważniejsze, nasza współpraca układała się dobrze, więc nowy start zapowiada się całkiem dobrze.
Ważna umiejętność w pracy w korpo: nie rób sobie wrogów jak nie musisz i nie pal za sobą mostów, bo nigdy nie wiadomo z kim przyjdzie ci pracować w zespole przy kolejnej zmianie struktury.

Na początku stycznia odgrażałam się, że wyrobię sobie nowy paszport i złożę wniosek o wizę. No więc połowa planu zrealizowana, teraz zabiorę się za drugą połowę. Prokrastynacja to słowo, z którym silnie się identyfikuję ;)

prokrastynacja

czekolada z wódką

Wysłałam kumpeli zdjęcie likieru (dostałam w ramach świątecznych darów losu), z pytaniem kiedy pijemy. Odpowiedź przyszła w ciągu 3 minut i brzmiała “dzisiaj?“. Lubię ludzi zdecydowanych :) Pewnie dlatego kolegujemy się od 20 lat.

Polecam likier czekoladowy Chopin + Wedel.
Ten likier ma też wiśniową wersję smakową, która smakuje dokładnie jak te czekoladki z alkoholową wisienką. Identyko, tylko w płynie. Oba testowałyśmy i jednak klasyczna czekolada wygrywa.

matcha

Nie macie już po co jechać do Japonii, idźcie do Żabki ;)

kitkat

Jak na moje wątpliwej wrażliwości kubki smakowe, smakują podobnie.

awarie

Elektronika ze mną dzisiaj nie współpracuje.

No dobra, moja wina, że nie naładowałam garmina, a że ostatnio biegałam 2 tygodnie temu, to miał prawo się rozładować. To biorę na klatę.

Nie wybiła jeszcze 10, a słuchawki zaczęły mi przerywać. Tak nagle. No niby to się zawsze dzieje nagle i tak kończą wszystkie słuchawki, ale za każdym razem jest mi tak samo przykro z tego powodu. To, powiedzmy, że też było do zniesienia, bo w domu czekała kolejna para słuchawek, kupiona na zapas, właśnie na ten przykry moment.

Dotrwałam jakoś do 13, a wtedy zbuntował się telefon. Zaczęły wyskakiwać komunikaty, że różne aplikacje przestały działać. Telefony to dla mnie czarna magia i nawet nie bardzo wiedziałam co mam z tym zrobić, więc nie zrobiłam nic. Wzięłam to na przeczekanie, z domieszką lekkiej paniki, bo serio nigdy nie wiem co się zepsuło i co mam niby z tym zrobić. A w ogóle, to dlaczego tak się zrobiło? Niestety jak tylko wyszłam z domu okazało się, że spotify było jedną z aplikacji, które nie hulają. Nie działał też instagram i gmail. Ze wszystkiego mnie wylogowało. Gmail jest jedyną aplikacją do której znam hasło, ale i tak mnie nie logowało. Zrobiłam jedyne co mogłam, wyłączyłam i włączyłam telefon. Byłam szczerze zdziwiona, że nie pomogło. Zazwyczaj pomaga. Z braku innego pomysłu, wyczyściłam wszystkim aplikacjom pamięć i dane. I tak przecież nie działały. Gmail ożył, więc była szansa, że i reszta ożyje, jak tylko dotrę do domu i znajdę hasła. No bo kto pamięta hasła do wszystkich aplikacji? Ja na pewno nie. A już w szczególności nie do tych, którym wpisywałam hasło tylko raz, przy rejestracji konta. Czyszczenie pamięci okazało się strzałem w dziesiątkę :) Brawo ja!

Z dobrych rzeczy, w tv był dzisiaj Król Lew. W dodatku ten z właściwymi piosenkami, które pamiętam. Akurat byłam u rodziców i kroiłam sałatkę jarzynową*. Nawet nie musiałam patrzeć w stronę ekranu, bo znam ten film na pamięć. Nie to, że piosenki. Dialogi znam na pamięć. W dzieciństwie obejrzałam go chyba ze 30 razy i na stałe wbił się mój 12-letni wtedy mózg. Zresztą, moje życiowe motto pochodzi z tego filmu i zostało wypowiedziane przez Pumbę: Tam twój dom, gdzie twój zadek.

 

* Taka tradycja, 2 razy do roku. Ogólnie w święta się raczej nie angażuję, ale skrojenie miednicy jarzynowej to mój obowiązek i do głowy by mi nie przyszło, żeby się z niego wykręcić.