urlop

Powinnam właśnie siedzieć w samochodzie w drodze na wakacje, ale czy ktoś kiedyś wyjechał samochodem na urlop o godzinie o której planował? ;) No nie! No przecież nie da się, to chyba oczywiste. Tak więc siedzę i szukam sobie czegoś do roboty, poślizg mamy co najmniej godzinny.
Co prawda ostatnio za kółkiem siedziałam jakieś 1,5 roku temu, ale przecież ja nie mam lęku przed prowadzeniem samochodu. Lęk mają współpasażerowie, którzy widzą jak zgrywam się z samochodem. Ale ostrzegłam wszystkich, że potrzebuję chwili i że obiecuję nie zgasić świateł podczas jazdy i nie zjechać z autostrady w ciemność, tak jak ostatnio ;)

pakowanie

Dzisiaj robię sobie wyzwanie „Urlopowe pakowanie”. W niedzielę wyjeżdżam na urlop i postanowiłam sprawdzić, czy zmieszczę się w torbę treningową z rzeczami na 2-tygodnie. Nauczona doświadczeniem wiem, że po powrocie zawsze okazuje się, że można było wziąć dużo mniej rzeczy. Tym razem właśnie chcę wziąć te dużo mniej rzeczy. Jedziemy samochodem, więc nie jestem aż tak strasznie ograniczona jeśli chodzi bagaż. Walizki oczywiście odpadają, bo 4 osoby muszą się do tego samochodu wpakować.
Wyzwanie tak naprawdę jest pod kątem przyszłorocznych wakacji, bo zaczynam dojrzewać do kolejnego wyjazdu do Japonii i zaświtał mi pomysł, który będzie wymagał ode mnie spakowania się w średni turystyczny plecak na 3 tygodnie. Pomysł zakłada przejechanie ok. 70 km z bagażem na rowerze, wiec no, im mniej typ lepiej.

sierściuch

Dwie doby z kotełkiem sprawiły że:
– Prawie się pierwszej nocy przegrzałam, bo nie mogę zrobić porządnego przeciągu, bo boję się że kot spierdoli, a ucieczka z 6 piętra może się dla niego źle skończyć.
– Wszędzie chodzę z Tym Drugim + Gnojek w pakiecie, bo kiciołek się do niego dobiera, a niestety roślina okazała się zbyt sztywna, żeby ją wpakować na najwyższy regał tak jak cebulo-palmę. Na noc zamykany jest w łazience. Ten Drugi, nie kot.
– Mam wytarte kurze ze wszystkich miejsc z których ich nigdy nie wycieram, czyli pod kredensem i w narożnikach balkonowych i cholera wie gdzie jeszcze.
– Jak wracam do domu jestem witana dzikim miauczeniem i tarzaniem się po podłodze w nogach. Zupełnie jakby się cieszył, że wróciłam. Myślę, że po prostu szybko skumał kto mu żreć daje i kuwetę czyści.
– Jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak z kociej kupy. Po ostatnim strajku głodowo-trawiennym przynajmniej wiem, że tym razem funkcjonuje prawidłowo.
– Zostałam właścicielką jednej potłuczonej figurki, bo wziął i zwalił. Jeszcze nie zdecydowałam czy skleić, czy wywalić, bo nie miała ani wartości materialnej, ani emocjonalnej.
– Regularnie piję kawę na balkonie, nawet 2 razy dziennie, przy okazji jak wypuszczam sierściucha na spacerniak. Co będzie tak w chałupie siedział cały czas, a tak przynajmniej ma atrakcje w postaci przelatujących ptaków, krzyczących dzieci i co jakiś czas jakiegoś owada.

A spacer wygląda tak:

P1070692

Nie no, żartuję. Raz mu się tak zdarzyło. Zazwyczaj pozostaje czujny w pozycji przyczajonego tygrysa, więc i ja pozostaję czujna jakby się okazało, że trzeba tego tygrysa łapać…

koteł

Dostałam dzisiaj kotełka na przechowanie na 5 dni. Szkoda mi go, bo nie lubi jeździć i tak się zestresował, że aż widać, że płakał. Chodzi teraz po chacie, szuka miejsca i pomiaukuje. A ja się stresuję, że znowu nie będzie chciał jeść.
Właściciele zwierząt nie powinni na taki stres narażać ani zwierząt, ani rodziny, której te zwierzęta podrzucają.
Tak sobie liczę, że nawet jak nie będzie chciał jeść, to 5 dni przeżyje jak mu co jakiś czas podsunę kurczaka albo szyneczkę. Podobno jogurt truskawkowy też dobrze się sprawdza w takich sytuacjach ;)

patologia sąsiedzka

Jechałam windą z policją i jakoś nie zdziwiłam się jak się okazało, że jadą na to samo piętro co ja. Tylko że tym razem szanse na to, że to sąsiad wezwał ich do sąsiadki były takie same jak na to, że sąsiadka wezwała ich do sąsiada.
Jednak to sąsiadowi puściły nerwy i to on zadzwonił. Nie dziwię się, bo do niego dobija się dużo częściej i dużo energiczniej niż do mnie. Efekt potęguje fakt, że on ma metalowe drzwi. Ostatnio upomniałam babinkę, żeby mi za klamkę nie szarpała, bo się przestraszam i jak dostanę kiedyś zawału, to będzie mnie miała na sumieniu. Chyba wzięła to do siebie bo wczoraj o 23 już tak cichutko pukała i żadnego szarpania za klamkę nie było.

Teraz już oficjalnie jesteśmy patologicznym piętrem, do każdego z sąsiadów była wzywana policja ;)

praktycznie

W tym miesiącu przypadały moje imieniny, których oficjalnie nie obchodzę, ale moi rodzice je obchodzą ;) Zaproszenie na kawę i ciasto zostało więc przekazane, ale z zaznaczeniem, że prezentów nie przyjmuję. Rodzice oczywiście nigdy się do tego nie stosują, ale takie już prawo rodziców. Dzień przed zadzwoniłam spytać, czy w ramach prezentu mogą mi przywieźć zgrzewkę mleka, bo mi wyszło.
Zgrzewkę przywieźli (ale nie w ramach prezentu), a zamiast kwiatów dostałam dwie kiście bananów. Mama wie, że jestem na tak-jakby-diecie. Nie mogli mi sprawić większej radości, bo banany też mi akurat wyszły*, a jem codziennie. Przy okazji znajoma podpowiedziała mi, że banany spokojnie można mrozić, tylko najpierw trzeba obrać i pokroić w plasterki. Tak też zrobiłam, bo za bardzo dojrzałych nie lubię, a taka ilość była dla mnie nie do przejedzenia w 2-3 dni.

Praktyczne podejście do prezentów zastosowałam też w robocie. Dwójka moich znajomych w lipcu miała jakąś okazję to świętowania. Miałam 100% pewności, że zostanę zapytana co im kupić, bo to tacy sami przesiedleńcy z innego budynku jak ja, więc automatycznie ludzie wychodzą z założenia, że będę wiedziała co im kupić. Założenie oczywiście jest błędne. Postawiłam więc sprawę jasno i poinformowałam tę dwójkę, że mają tydzień na zastanowienie się co chcą dostać w ramach składkowego prezentu, albo dostana coś, co im się zapewne nie będzie podobało i będą musieli udawać, że są zachwyceni. A w ogóle to oczekuję, że jednak będą współpracować.
Współpracowali i wszyscy byli szczęśliwi. Głównie ja, bo miałam to z głowy :)

 

* Jak widać zarządzanie zasobami spożywczymi średnio mi idzie.

woda

Dzisiejszą wieczorną czystość zapewnia Cisowianka, bo przecież każdemu może się zapomnieć, że od 20.30 ma nie być wody…
Woda teoretycznie jest, ale ma kolor pomarańczowy i pewnie można by taki prysznic zakwalifikować jako peeling, gdyby rdza nadawała się do peelingów.

 

A tak z innej beczki, czy tylko ja mam od 2 dni problem z wylogowywaniem się z konta tutaj?

rzymski

Rzadko mi się zdarza, ale polazłam do kina. Trafiłam do malutkiej sali kinowej – 7 rzędów po 8 miejsc każdy. Czułabym się bardziej jak w domu z dużym panoramicznym telewizorem, gdyby nie gość który siedział przede mną z głową w środku napisów.

Myślałam, że będę sama w kinie, bo środek tygodnia i godzina 13. Trochę ludzi jednak było*, w tym rodzina z dzieckiem. Wpada ta dziewczynka do salki nerwowo rozglądając się za oznaczeniem miejsc, bo już ciemno było i z przerażeniem krzyczy: Mamo, tu jest po rzymsku!

Byłam na „Jutro będziemy szczęśliwi” i śmiało mogę powiedzieć, że nie byłoby to zmarnowane 17 zeta, nawet gdybym je wydała, ale których nie wydałam, bo miałam bezpłatny bilet na dowolny film ;) Nie wiem dlaczego na to poszłam, bo do kina chodzę tylko na komedie albo na bajuchy, a to akurat był dramat. Myślę, że zadecydowałam wzrokowo, bo kojarzyłam aktora z komedii, a na plakacie bohaterowie się uśmiechali.

 

* Trochę, czyli oprócz mnie jeszcze 9 sztuk.

gnojek

Czy czyta to ktoś, kto chociaż hobbystycznie zna się na przesadzaniu roślinek?

Okazało się, że gnojek radzi sobie lepiej niż myślałam i zastanawiam się, czy go nie usamodzielnić zanim zacznie z matką* walczyć o te niewielkie ilości wody, które im z rzadka dostarczam. Tylko nie chce mu krzywdy zrobić odcinając mu za wcześnie pępowinę, może żywi się czymś z korzonków matki* ;)

Proszę, jakie postępy przez 3 tygodnie zrobił:

 

* nie wykluczam, że może to być też ojciec :)

wyjebka

Dzisiaj niczym Polska podniosłam się z kolan. Dosłownie. Ale od początku.

W związku z nową diagnozą zainstalowałam na stopie ortezę i wyjęłam z szafy kule. W chodzeniu o kulach mam wprawę, w końcu to nie pierwszy raz. Zapierdalałam więc sobie rano do metra tempem sprinterskim, bo padało, a z dwoma kulami ciężko jeszcze trzymać parasol, ale jakoś nie przewidziałam, że mi kulasy mogą wpaść w poślizg na płytach chodnikowych. Na marmurze, owszem, na białych pasach na przejściu dla pieszych też, zdarzało się. Okazuje się, że na płytach chodnikowych też się może zdarzyć. No i się wyjebałam. Kulasy się rozjechały, a ja razem z nimi. Jakimś cudem nic sobie nie uszkodziłam. Nawet kolan nie stłukłam, a na pewno na nich wylądowałam bo miałam dwie wielkie mokro-brudne plamy na kolanach.

Ci co szli za mną musieli mieć niezły widok :D Taki mini helikopter. Na pewno pomyśleli, że mam za swoje, za to, że się tak spieszę z tymi kulasami. 15 sekund wcześniej wyprzedziłam ich na światłach ;)
Dobrze, że nikt nie szedł obok, bo bym mu jeszcze z kuli przyłożyła.

Jeszcze przez pół drogi do roboty ukradkiem się sama z siebie śmiałam. Pewnie wyglądałam jak taki creepy dziwak, który się uśmiecha pod nosem. No ale jak tu się nie śmiać? Wpadłam do pracy i na wejściu mówię do kumpla: Paweł, będziesz ze mnie dumny jak ci opowiem co z rana odjebałam!
Był dumny, ale nie wyglądał na bardzo zaskoczonego ;)